Przejdź do treści Przejdź do nawigacji

RECENZJE

Anatomia bólu

27.08.2016

W potoku informacji, w telewizyjnej i internetowej publicystyce, pełno jest okrągłych zdań o kryzysie tożsamości współczesnych ludzi, że wyalienowani, zostawieni sami sobie, że tradycyjne więzi co i rusz się zrywają, że kryzys rodziny, i tak dalej, i tak dalej, i tyle. O tym dlaczego tak się dzieje też pełno okrągłych zdań i niebudzących wątpliwości stwierdzeń, że podważanie dotychczasowych wartości, że chaos ekonomiczny, że chaos medialny, że coraz większa wirtualizacja, że coraz mniej czasu na radość z życia, bo tę już nie czerpie się ot tak, z samego istnienia, tylko trzeba ją sobie kupić a wcześniej na nią zapracować kosztem radości z życia właśnie, i tak dalej, i tak dalej, i tyle.
Trochę więcej w teatrze, szczególnie młodym teatrze, więcej przede wszystkim dlatego, że więcej pytań zamiast odpowiedzi, której być nie może, za krótka jeszcze perspektywa, kryzys dzieje się in statu nascendi – w momencie tworzenia, trudno więc go wyjaśnić, trzeba raczej szukać jakichś analogii, w historii, kulturze, obyczajowości albo wiedzy o ludzkiej psychice wolnej od wszelkich historycznych i kulturowych ram, i dopiero wtedy próbować nie wyjaśniać, tylko pytać właśnie.
Tak odebrałem dramat i spektakl, którego prapremiera miała miejsce w miniony piątek w Teatrze imienia Stefana Żeromskiego w Kielcach – „Joanna Szalona; królowa” Jolanty Janiczak w reżyserii Wiktora Rubina to rzecz o kryzysie tożsamości oczywiście, ubrana w historyczny kostium. Para młodych twórców przywołała na scenie postać Joanny Szalonej, średniowiecznej królowej Hiszpanii, która po śmierci swego męża Filipa Pięknego nie mogła pogodzić się z jego odejściem, i według legendy współżyła ze zwłokami. Gdyby przenieść tę historię w czasy współczesne, stałaby się natychmiast tematem numer jeden wszystkich mediów a na pierwszych stronach tabloidów ich czytelnicy oglądaliby rozpikselowane zdjęcia królowej w trakcie miłosnego zbliżenia. Ta historia przeniesiona do współczesności w teatrze jest próbą naszkicowania psychicznych zależnośc między poszczególnymi postaciami dramatu. Autorzy spektaklu tak zbudowali role, że można odnieść wrażenie, iż każdy z bohaterów jest samotny i nieszczęśliwy, bo skrzywdzony przez chore relacje z drugą, najczęściej najbliższą osobą. Przede wszystkim upada mit rodzinnego szczęścia, tak mocno dziś eksploatowany jako remedium na kryzys tożsamości. Nie tylko sztuka Joanny Janiczak i Wiktora Rubina, ale przynajmniej trzy spektakle ubiegłego sezonu w kieleckim teatrze, coraz natarczywiej zadają pytanie, czy nie jest akurat na odwrót, czy to przypadkiem nie w rodzinnych pieleszach człowiek jest najbardziej krzywdzony i wszystkie rany i skazy wynosi z domu. Wniosek, że współczesna rodzina nie jest elementem stabilnościa raczej destrukcji, wydaje się być coraz bardziej uzasadniony. Bohaterowie dramatu cierpią, bo zostali skrzywdzeni przez najbliższych: Joanna przez ojca Ferdynanda, ten przez żonę Izabelę, Karol przez matkę a ta drugi raz przez Filipa. Cierpią w samotności, bo tak usiłują odbudować jakąś równowagę zachwianą przez najbliższych. Historyczny kostium przykrywa tylko współczesny ból. Jolanta Janiczak rozpisała poszczególne role z niezwykle staranną psychologiczną dokładnością. Tytułowa Joanna rewelacyjnie zagrana przez Agnieszkę Kwietniewską jest osobą chorą psychicznie i cały spektakl staje się niczym innym jak poznawaniem przez widza kolejnych stadiów obłędu bohaterki, który na zewnątrz nie przejawia się w żadnej szczególnej mimice, skrzywieniach twarzy, nienaturalnych gestach i skurczach ciała. Aktorka gra bólem i w spektaklu mamy dwie niesamowite sceny, gdy możemy obserwować właśnie in statu nascendi jak w aktorce rodzi się płacz a później spazm orgazmu, tak potwornie prawdziwie, tak niesamowicie przerażająco.
Bardzo dobrą kreację stworzył Tomasz Nosinski jako Filip Piękny. Mężczyzna, który kochał Joannę chemicznie, do czasu gdy poziom fenyloetyloaminy na tyle osłabł, że zaczął zupełnie naturalnie czuć smród niemyjącej się żony i zupełnie naturalnie odrazę do najbliższej sobie jeszcze do niedawna kobiety. Świetne role stworzyli Joanna Kasperek jako Izabela i Wojciech Niemczyk jako Karol, gdy spoza maski społecznej roli wyłania się, poprzez gest dłoni albo dziecięcy płacz, naturalny strach. Bardzo dobry jak zwykle Dawid Żłobiński, którego Ferdynand z malutkiego i zastraszonego człowieczka molestującego w ramach psychicznej rekompensaty swoją ośmioletnią córkę przeistacza się w równie małego tyrana. Wreszcie drugoplanowa ale też doskonała rola Macieja Pesty jako Suchego Faktu – swoistego narratora opowieści a przede wszystkim kronikarza, który przypomina bardziej śledczego zbierającego w plastikowe woreczki wszelkie artefakty towarzyszące postaciom dramatu i próbującego z nich stworzyć prawdziwą historię, którą pod koniec spektaklu niszczy kląć siarczyście a gest ten staje się znów boleśnie jednoznaczny. Nie jako odpowiedź, jako pytanie, o sens przedstawiania niby suchych faktów.
Sztukę Jolanty Janiczak doskonale zrealizowaną i perfekcyjnie odegraną przez kieleckich aktorów (tak na marginesie bardzo cieszy powrót, przynajmniej do tego spektaklu Agnieszki Kwietniewskiej) gorąco rekomenduję. Wymaga skupienia, ale daje w zamian dużo do myślenia, na tyle, że po wyjściu z teatru nie ma się ochoty na włączanie telewizora, który przecież wszystko za nas wie najlepiej. Tym razem nie.

Ryszard Koziej : RADIO KIELCE : 2011-09-18

Logo Biuletynu Informacji Publicznej