Przejdź do treści Przejdź do nawigacji

RECENZJE

Baranek Boży i Saturn

08.07.2019

Będzie o szaleństwie i będzie o śmierci. Reżyser Tomasz Węgorzewski zaprasza do teatru, w którym jedno i drugie podlega osobliwej medytacji; a jednocześnie możliwy i jak najbardziej obecny jest egzystencjalny humor, trochę jak z filmów Roya Anderssona. „Psychoza” według tekstu Magdy Kupryjanowicz to niecodzienna koprodukcja – na scenie Nowego Teatru niemal sami aktorzy z Teatru Żeromskiego w Kielcach, gdzie spektakl miał premierę. Jeśli nie znacie aktorów z Kielc – to poznajcie, warto.

Rozpoczynający się monologiem Dagny Dywickiej o mózgu spektakl to poniekąd przegląd, przechodzących płynnie w niepokojąco natrętne gesty, sposobów wyjaśniania funkcjonowania świata. Od starogreckiej koncepcji „humorów” Hipokratesa, przez przepuszczone przez postać antropologa rozmowy tubylców z duchami z wulkanów z Vanuatu, rozważania rodem z Nietzschego czy Webera, po coś między prowadzonym przez Joannę Kasperek coachingiem a teatralną próbą, wreszcie – psychoterapię. Zresztą ta grupa aktorów na scenie, w ujmującej prostotą i zarazem ekscentryzmem scenografii Doroty Nawrot, ma w sobie coś z grupy terapeutycznej. Chwilami zawieszona w bezczynności, potem podgrywająca sceny, pozornie zwrócona ku sobie, ku swojemu, a może każdy ku sobie i każdy ku swojemu.

Spokojnie. Nie będzie walenia po bebechach i amatorskiego kreowania terapeutycznych sytuacji pod wodzą reżysera uzurpatora; choć, jak mówią twórcy, inspirowano się tu autentycznymi dziennikami psychotyków. Ale nie jest to też „przeintelektualizowany” spektakl zrobiony przez kulturoznawców dla kulturoznawców, jak głosiły opinie tyleż pogardliwe, co powierzchowne. Jeżeli na scenie słychać tekst filozoficzny czy antropologiczny, nie oznacza to od razu, że jesteśmy na uniwersyteckim seminarium. Antyintelektualizm bardzo potaniał ostatnimi czasy w polskiej rozmowie o teatrze; i choć faktycznie zdarzają się niestrawne spektakle-referaty, to łatwymi uogólnieniami z typowo polską bezrefleksyjną zamaszystością i miotaniem się od płota do płota wylewa się dziecko z kąpielą.

Zresztą czyż dowcipnie ogrywany w „Psychozie” przez Annę Kłos-Kleszczewską, a czerpiący z Nietzschego, monolog o tęsknocie ludzkości za staniem się „bezrefleksyjnym stadem poza historią” nie odpowiada w sposób radykalny właśnie na takie regresywne impulsy?

U Węgorzewskiego i Kupryjanowicz teksty Nietzschego czy inspiracje antropologią odgrywają bardzo specyficzną rolę. Nie, nie są dekretowanymi tezami. Ale nie są też paliwem dla maszyny „beki”, która miałaby zżerać wszystkie podawane tu treści. A jest ich sporo w kolejnych obrazach. Od platońsko-gnostyckiej koncepcji pełni-pleromy, przez wspaniały astrologiczny monolog Andrzeja Platy, tłumaczącego na tablicy związek między kalendarzem, znakami zodiaku, teologią chrześcijańską i grecką mitologią, po traktowany z podejrzliwością przez pacjentkę dyskurs psychoterapii. Jest w tym spektaklu coś bardzo tkliwego; tematem „Psychozy” jest głęboko ludzka potrzeba tłumaczenia, porządkowania, opowiadania świata.

I nie chodzi tu o naiwnie rozumiany, przebrzmiały „postmodernizm”, w lekturze z ambony czy prawicowego felietonu mający zrównywać wszelkie opowieści o świecie jako poznawczo równie wiele warte. Raczej o to, że gdy Plata z przejęciem i dobrotliwym przekonaniem opowiada o swoich planetach, ascendentach i gwiazdach, liniach łączących Baranka Bożego ze znakiem Barana i Saturna z s(z)atanem, to chce się, żeby miał rację.

Jeśli podstawową cechą psychozy jest bezkrytyczny stosunek do własnych sądów, stawianie na pierwszym miejscu swoich urojeń, to kto z nas czasem nie jest trochę psychotykiem? Potrzeba nadawania sensu i oswajania lęku jest główną zasadą organizującą świat przedstawienia Węgorzewskiego. Dobrym patronem kielecko-warszawskiej „Psychozy” byłby Gombrowicz. Ten z „Kosmosu”, gdzie uparcie, zacięcie i obsesyjnie szuka się porządku w chaosie przypadkowych zdarzeń; gdzie powieszony na płocie wróbel ma być drogowskazem do ukrytego świata prawdziwych sensów, niczym biały królik z „Matrixa”. Ale też trochę ten przewrotny sceptyk, ten, który w „Transatlantyku” mówić każe panu Cieciszowskiemu: „Nie jestem ja na tyle szalonym, żebym w Dzisiejszych Czasach co mniemał albo i nie mniemał”. Warto może jednak coś mniemać, bo jak słyszymy w finałowym monologu Bartłomieja Cabaja, „każda powiastka filozoficzna powinna zawierać pocieszenie”.

Możliwe, że tym, co może robić teatr dobrze w Dzisiejszych (Post)Ironicznych Czasach, jest bardzo delikatne rozbrajanie ironii; ćwiczenie wrażliwości. Pozwala na to jego uboga, nienachalna forma, fakt, że montażowe „szwy” są tu na wierzchu, i bliski kontakt z innym żywym człowiekiem. W grze z widzami to rozbrajanie i ćwiczenie wymaga subtelnego balansowania na krawędzi pomiędzy współodczuwaniem z tym, co się widzi i słyszy, uwiedzeniem formą i krytycznym dystansem. Konkretniej w przypadku „Psychozy”: krążenie myśli widza między poczuciem absurdu i komizmu wygłaszanych tu zdań i czymś, co sugeruje, by z nimi empatyzować. To nie jest łatwe w wykonaniu na scenie; niekoniecznie też w lekturze, bo nie pasuje do kultury krzyczących nagłówków. Ale Węgorzewskiemu i jego aktorom się to udało; warto dać temu spektaklowi szansę.

Witold Mrozek, dwutygodnik.com

Logo Biuletynu Informacji Publicznej