Przejdź do treści Przejdź do nawigacji

RECENZJE

Bez znieczulenia

20.12.2017

«W Teatrze Żeromskiego w Kielcach powstał ważny spektakl o pogromie kieleckim. „1946” to teatralny esej łączący dokument z błyskotliwym przedstawieniem o zagrożeniu, które nienawiść niesie dziś.

Na scenie Teatru Żeromskiego grupa turystów – naszych, polskich, nie żadnych izraelskich czy amerykańskich. Ściszone głosy, lekkie skrępowanie. Przewodnik (Dawid Żłobiński) też jest nieco spięty. Oprowadza po kamienicy przy ul. Planty 7/9, gdzie 4 lipca 1946 r. miał miejsce pogrom.

Na widowni również czuje się napięcie i wyczekujące milczenie. W końcu będzie mowa o zabiciu – ulicę obok – 40 kielczan. O mordowaniu Żydów przez Polaków kilkanaście miesięcy po upadku Hitlera i końcu Holocaustu. O zbrodni, w którą zaangażowani byli funkcjonariusze milicji „socjalistycznego” państwa.

W 1946 r. w Kielcach polskiego chłopca mieli porwać i więzić żydowscy mieszkańcy kamienicy przy ul. Planty; trzymać go mieli w piwnicy, choć budynek nie był podpiwniczony. Plotka jako żywo przypominała mające wielowiekową historię opowieści o porywaniu chrześcijańskich dzieci przez Żydów i dokonywaniu na nich mordów rytualnych.

W XXI w. śledztwo w sprawie pogromu zostało umorzone – żaden dowód nie pozwalał przypisać konkretnemu sprawcy konkretnego czynu. IPN wskazał w 2006 r., że kieleckie wydarzenia miały „spontaniczny” przebieg. Odrzucił przy tym teorię o „ubeckiej prowokacji”, którą po pogromie lansował m.in. biskup kielecki Czesław Kaczmarek, obwiniający „żydowskich komunistów”. Ale w 2016 r. do Instytutu wpłynął wniosek o wznowienie śledztwa, podpisany m.in. przez wiceprezeskę kieleckiego Ruchu Społecznego im. Lecha Kaczyńskiego oraz sekretarza Brygady Świętokrzyskiej Obozu Narodowo-Radykalnego.

Żyd Samuel morduje dzieciątko

„1946” Remigiusza Brzyka i dramaturga Tomasza Śpiewaka to rzadkie połączenie scenicznego eseju z – typowym dla Brzyka – popularnym teatrem „dla każdego”. To także spektakl mądry i mimo skomplikowanej struktury prosty w odbiorze. A przy tym – nie naiwny.

W próby rekonstrukcji zdarzeń z 1946 r., pokazane w kolejnych scenach w umownym nawiasie, wpleciona jest treść dokumentów z tamtych czasów. Są więc przyszłe ofiary – Żydzi przygotowujący się do wyjazdu do niepowstałego jeszcze Izraela. W przeddzień masakry uczą się hebrajskiego i ogrodnictwa. Przeniesiemy się też głębiej w przeszłość. Tuż przed finałem z offu słychać fragment „Żywotów świętych” ks. Piotra Skargi z 1577 r. w wersji audiobookowej.

Krzysztof Kowalewski piękną polszczyzną czyta szczegółowy opis męczeństwa chrześcijańskiego dziecka, którego krew wypijają perfidni Żydzi: „(…) i wziąwszy ono niewinne pacholę Żyd Samuel, szatki z niego zwlókł, i gardłeczko chustką zaciągnąwszy, i ustka, aby nie wrzeszczało, zatuliwszy, kazał go innym za nóżki i rączki rozciągnąć nad misą szeroką.

Dobywszy noża, przekłuł trochę gardła dziecinnego, i potem wziąwszy nożyczki, siekał twarz jego prawą, i wykroiwszy część mięsa, kładł na misę”.

Jak szacował historyk Henryk Barycz, w przeliczeniu na liczbę osób piśmiennych w społeczeństwie „Żywoty” to najczęściej czytana polskojęzyczna książka w dziejach.

Brzyk i Śpiewak w „1946” sięgają też do historii lokalnej, przede wszystkim teatru, w którym pracują. To w jego budynku 11 listopada 1918 r. zaczął się „pierwszy” pogrom kielecki – w trakcie zebrania miejscowej ludności żydowskiej miała się rozejść plotka, że Żydzi zamordowali polskiego oficera. Zabito czterech Żydów. To stąd w lipcu 1946 r. jedna z aktorek wysłała pismo do Związku Artystów Scen Polskich, chcąc usprawiedliwić nagłe opuszczenie miejsca pracy; bała się, bo niektórzy koledzy „oskarżali ją, że jest Żydówką” – dziś ta korespondencja, utrzymana w koślawym, oficjalno-urzędowym tonie, a zarazem emanująca strachem przed nadchodzącą przemocą, robi piorunujące wrażenie.

Zombi toksycznej pamięci

Także tu, w Teatrze Żeromskiego, w 1996 r. zmarły dwa lata temu dyrektor Piotr Szczerski zrobił poprzednie kieleckie przedstawienie o pogromie według tekstu Andrzeja Lenartowskiego „Spotkamy się w Jerozolimie”.

Tamten spektakl sprzed 21 lat próbował opowiedzieć pogrom w sposób realistyczny. W „1946” udział w przedstawieniu Szczerskiego wspominają dwaj aktorzy: Edward Janaszek i Janusz Głogowski. Mówią o wczuwaniu się w psychikę zabójcy. U Brzyka jednak raczej się opowiada, niż inscenizuje.

Śpiewak zaznacza w swojej narracji punkty niepewne, nie ucieka od mówienia o faktach, nie eufemizuje i (prawie) nie sięga po metafory.

Najbardziej „realistyczna” jest scena szpitalna, w której lekarze identyfikują zwłoki ofiar pogromu – opisują stan ciał, mówią o problemach z rozpoznaniem zdeformowanych trupów. Aktorzy w białych kitlach biegają między łóżkami, a na scenografii wyświetlają się zdjęcia zmasakrowanych ludzi. Ktoś z ocalałych mówi, że boi się polskich pielęgniarek, i prosi, by przysłano żydowskie.

Nie ma tu – jak w „Naszej klasie” Tadeusza Słobodzianka, głośnej sztuce o zbrodni jedwabińskiej – katharsis, w którym spotykają się kaci i ofiary, a biblijny patos pozwala oczyścić się z traumy i winy. Nie ma klasycznych teatralnych postaci z ich konfliktem racji. Choć w „1946”, tak jak u Słobodzianka, na scenie przenikają się różne plany czasowe, to nie o romantyczny seans z duchami tu chodzi. Zamiast poetyckich widm są zombi, „the walking dead” z eseju Joanny Tokarskiej-Bakir. To ludzie napędzani wyidealizowaną wizją dawnej wspólnoty, zatruci toksyczną mitologią, myślący, że nie mają nic do stracenia – więc w chwili wzmożenia gotowi na wszystko. Także na zabijanie sąsiadów.

Weź rurkę, widzu

Tak, „1946” mówi też o roku 2017, od rozważań, jak mowa nienawiści działa dziś, po przypomnienie narodowców, którzy kazali prawicowemu prezydentowi Andrzejowi Dudzie tłumaczyć się z wiersza o pogromie kieleckim napisanego przez jego teścia Juliana Kornhausera („Bóg Polaków zamknięty w obozie, w baraku/ drży, gdy dzielni chłopcy z orzełkami na czapkach/ dobijają dziewczynki żydowskie, rurkami, na odlew”).

„Rurki”, żeberka kaloryfera – które miały być narzędziem zbrodni – dostają do rąk widzowie „1946”. To lekkie, styropianowe atrapy, wyglądają jednak przekonująco. Ale Brzyk i Śpiewak wykonują też w stronę kieleckiej widowni gesty empatii – jest tu np. scena z pracownicą salonu ślubnego opowiadającą o szybkim wyludnianiu się i nieciekawych perspektywach rozwojowych peryferyjnego miasta. Autorzy „1946” dbają, by do odbiorców nie przemawiać z katedry – to ważne w czasach, gdy każda próba otwartego rozmawiania o czarnych kartach polskiej historii nazywana jest przez prawicę „pedagogiką wstydu”. Aktorzy opowiadają o swoim własnym doświadczeniu lat pracy w Kielcach, o tym, że kielecki teatr stał się ich domem. Czy uchroni to tych pracowników miejscowego sektora publicznego przed wyzywaniem od „wyalienowanej elity” czy „zdegenerowanych celebrytów” – co ostatnio regularnie spotyka na łamach prawicowej prasy artystów podejmujących niewygodne tematy?

Jednocześnie te empatyczne gesty Brzyka i Śpiewaka nie mają nic wspólnego z relatywizowaniem samej zbrodni.

To teatr, który jest ostrożny i radykalny zarazem; próbuje być wyrazistym głosem w publicznej debacie – a nie rocznicową celebracją. Terapią, a nie homilią czy aktem oskarżenia.

Niemniej terapia polega na nazywaniu rzeczy po imieniu. A to dzisiaj akt odwagi.

Witold Mrozek, Gazeta Wyborcza

Logo Biuletynu Informacji Publicznej