Przejdź do treści Przejdź do nawigacji

RECENZJE

Caryca Katarzyna na deskach kieleckiego teatru

26.08.2016

Mocny, prowokujący, kontrowersyjny – tak najkrócej można opisać nową propozycję Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. „Caryca Katarzyna” Jolanty Janiczak w reżyserii Wiktora Rubina szokuje, intryguje, wzbudza emocje i porusza… Jest ostro i odważnie, co jednych zapewne zachwyci, innych zniechęci. Niemniej ktokolwiek wybierze się na nową sztukę do kieleckiego teatru, na pewno nie będzie się nudził.

„Caryca Katarzyna” to drugi projekt Jolanty Janiczak i Wiktora Rubina, jaki stworzyli w Kielcach. W 2011 roku zrealizowali na kieleckiej scenie „Joannę Szaloną Królową”, którą wielu teatrofilów wspomina do dziś.

Po Joannie przyszedł czas na Katarzynę. Główną bohaterką ich nowej sztuki jest także kobieta: silna, podziwiana za mądrość i umiłowanie wiedzy. Despotyczna, namiętna i kochliwa caryca Katarzyna.

Imperatorowa Wszechrosji po dziś dzień uważana jest za jedną z najbardziej kontrowersyjnych władczyń w historii, a krążące legendy o jej miłostkach i życiu erotycznym mogą sprawić, że niejednemu włos na głowie się zjeży.

I tak też zapewne się stanie w wielu przypadkach po opuszczeniu sali teatralnej i obejrzeniu nowego przedstawienia kieleckiego teatru. Ale przecież nie może być inaczej, bo to w końcu caryca Katarzyna… A jeśli dodamy do tego współczesny wątek narodu, państwa patriotyzmu, specyficzną, niekiedy wulgarną, narrację, nagość i… Kielce, to mamy mieszankę wybuchową.

W sztuce twórcy nie pokazują nam silnej imperatorowej, jaką była caryca, a zniewoloną kobietę, która mimo że rządziła supermocarstwem, to nie miała żadnego wpływu na to, co działo się z jej ciałem. Została odarta z miłości i samej siebie. W świetny sposób pokazała to wcielająca się w rolę carycy Katarzyny Marta Ścisłowicz, która przez pół sztuki grała nago.

W zasadzie ponad połowa spektaklu oparta jest na cielesności i goliźnie, którą ostatnio kieleccy twórcy uwielbiają serwować widzom (można się spierać, czy tak częste sceny nagości były wskazane, ale na pewno wyostrzyły przekaz i wzmocniły jego kontrowersyjność).

To, co niektórych fanatyków państwa, polskości i tożsamości narodowej może zirytować, to monolog, jaki na koniec wygłasza Stanisław August Poniatowski (w tej roli śpiewająco obsadzony Tomasz Nosinski, który świetnie odnalazł się w kreacji kochanka carycy).

Król Stanisław prowokuje publiczność ostro mówiąc o historii (odnosząc się przy tym do czasów współczesnych), patriotyzmie. Zastanawia się, dlaczego Polacy świętują 11 listopada, 15 sierpnia, a nie np. rocznicę jego urodzin, bo przecież gdyby nie on, nie powstałyby „Dziady”, „Kordian”. Podczas kilkunastu minut jego monologu usłyszymy także, że „Polacy to archeolodzy świętej boleści narodowej…”, i trudno się z tym nie zgodzić. Polacy bowiem uwielbiają się samookaleczać, bo przecież nie upamiętniamy z równym entuzjazmem radosnych dat w dziejach kraju, jak chociażby święto Konstytucji 3 maja, a niemal z uporem maniaka uwielbiamy przypominać sobie o porażkach i narodowych tragediach.

Niewątpliwą zaletą tego spektaklu jest na pewno obsada aktorska ze świetną kreacją Marty Ścisłowicz, która jako caryca Katarzyna fenomenalnie zadebiutowała na deskach kieleckiego teatru. Była odważna, przekonująca i zachwycająca. Na wielkie brawa zasługuje także Tomasz Nosinski, dla którego rola króla Stasia była wprost napisana. Fanki Andrzeja Platy też się nie zawiodą, aktor odkrył przed publicznością swoje nowe taneczne umiejętności.

Całość znakomicie dopełniała scenografia. Nie można zatem zapomnieć o pochwałach dla Mirka Kaczmarka.

Czy warto się wybrać na nową sztukę kieleckiego teatru? Tak, ponieważ poza wszystkim teatr ma być dyskusyjny, ma prowokować, pobudzać do myślenia i zadawać pytania, a tych w sztuce nie brakuje.

Anna Salamon : e-vive.pl : 2013-04-15

Logo Biuletynu Informacji Publicznej