Przejdź do treści Przejdź do nawigacji

RECENZJE

Ciało wspólnotowe

26.08.2016

Caryca Katarzyna Jolanty Janiczak w reżyserii Wiktora Rubina to spektakl bardzo gęsty i wielowątkowy, w którym na pierwszy plan wysuwają się zagadnienia związku ciała i władzy – tej politycznej, ale też dominacji seksualnej, a nawet relacji aktor-widz. To przedstawienie zaczepne, prowokujące, badające granice i możliwość ich przekroczenia. I piekielnie inteligentne, choć posługujące się, w gruncie rzeczy, prostymi mechanizmami.

Gdy tylko w górę ruszy kurtyna (na której chwilę wcześniej przyszła caryca Katarzyna przykleiła podpaski z wypisanymi literami układającymi się w napis „fuck me”), naszym oczom ukazuje się dość pokraczny obrazek dworski: nad sceną wiszą kostiumy z epoki, a wszystkie postaci pojawiają się w bieliźnie. Z jednej strony – to oczywiste odniesienie do cielesności i seksualności, które stają się leitmotivem spektaklu, z drugiej – taka scenografia wprowadza nas za kulisy władzy, do komnat i sypialni, w których podejmowane są decyzje polityczne dla obywateli niedostępne, a rzutujące na ich egzystencji. W Carycy Katarzynie nie chodzi jednak wcale o obywateli, dylematy rozgrywają się wyłącznie na najwyższych szczeblach władzy, dochodzenia do niej i jej utraty.

Ernst Kantorowicz w książce Dwa ciała króla pyta o fenomen władzy królewskiej – czy władca jest urzędnikiem, czy raczej pomazańcem boskim. W odpowiedzi proponuje dychotomiczny podział na ciało naturalne i ciało wspólnotowe – to pierwsze jest śmiertelne, podlegające słabościom i chorobom, na drugie składają się oczekiwania poddanych, a reprezentuje ono niezmienność w czasie. Bohaterowie spektaklu dostrzegają silną zależność między tymi reprezentacjami, cała historia rozbija się o konieczność posiadania za wszelką cenę potomka, by zapewnić ciągłość władzy. W pierwszej scenie widzimy więc Elżbietę Romanową użalającą się nad sobą i przeczuwającą zbliżającą się śmierć. Kanclerz rozczesuje jej włosy, a blond pukle złowieszczo spadają na scenę, zwiastując także powolne rozpadanie się państwa. Chwilę później wsmarowuje w jej ciało żółtą maść, mającą zakryć „wyłażącego raka” – Elżbieta nie wygląda już jak cesarzowa Rosji, ale jak zombie. Nie brakuje jej jednak sił, by wyprodukować sobie następcę tronu. Wybrała na niego Piotra III, syna siostry, tylko po to, by w żyłach kolejnych władców płynęła krew jej rodu. Tymczasem Piotr mówi o sobie: „Jaki kruchy i cherlawy, kurwa delikatny, wystarczy ciężarówka i już po mnie. Albo te cieniutkie kosteczki, chwila nieuwagi i się łamią. Obrzydza mnie moja słabość”, co nie rokuje najlepiej także przyszłej sile państwa. Trzeba więc zadbać o męskiego potomka w kolejnym pokoleniu – i tu właśnie do historii wkracza Katarzyna. Co prawda Katarzyną stała się dopiero w momencie samozwańczej koronacji, jednak tytuł spektaklu sugeruje, że jej zmagania w dojściu do władzy, które obserwujemy, muszą zakończyć się objęciem panowania. To oczywiście wiemy z historii, ale zdaje się, że dopiero moment przejęcia władzy uprawomocnia ją jako bohaterkę. Jest on oczywiście konsekwencją kolejnych podejmowanych (przez nią, ale i przez innych) kroków. Najpierw przyszła caryca musi dobrze zaprezentować swoje „funkcje i atrakcje” Piotrowi, a właściwie Elżbiecie, bo to przecież ona wybiera mu małżonkę, żądając, by ten „pokrył nakazem państwowym”, nawet mimo braku „dyspozycji wewnętrznej”. Musi twierdząco odpowiedzieć na pytania Piotra o to, czy gustuje w poszczególnych częściach jego ciała. Musi wykonać także „proste ćwiczenie rozciągające” – wyrwanie się z łona matki (Joanna jest przecież „bez numeru”, a więc w historii nie ma żadnego znaczenia) i narodzenie się na nowo z „cesarskiego, wspaniałego łona”. W końcu musi zgodzić się na to, że ciało przyszłej monarchini rzeczywiście będzie ciałem wspólnotowym, jednak w tym wypadku – w bardzo fizycznym wymiarze (ponieważ Piotr jest „out of service”, jego syna ma spłodzić z podesłanym do jej łoża Iwanem). Katarzyna wyraźnie dostrzega granice jej wykorzystywania, „linię demarkacyjną”, którą Elżbieta przekroczyła, a jednak godzi się na to, by wkrótce błyszczeć na jej miejscu, „tylko dziesięć pięter wyżej”.

Cytaty z dramatu Jolanty Janiczak nasuwają się same – autorka posługuje się leksyką bardzo silnie związaną z cielesnością i seksualnością, nawet gdy bohaterowie mówią o sprawach państwowych, te dwie płaszczyzny są ze sobą nierozerwalnie związane. Przy tym jest to język bardzo sprawny, choć zdecydowanie łatwiejszy do przyjęcia na scenie, gdy jest świetnie podawany przez aktorów, niż w lekturze. Siłą spektaklu jest nie tylko poruszenie tematu przekraczania granic, ale faktyczne uczynienie tego na scenie. I nie chodzi tu o nagość, która nie jest już właściwie żadnym novum, żadnym przekroczeniem. Chodzi raczej o zadanie pytania o to, kto w relacji aktor-widz ma władzę. Najdosadniej przejawia się to w scenie, w której Marta Ścisłowicz schodzi do publiczności z miniaturą kieleckiej sceny zawieszonej na klatce piersiowej, biorąc widzów za ręce i kładąc je na swoich piersiach. To właśnie ten moment spektaklu budzi największe kontrowersje, stawiając pytania także o granice samego teatru.

Na ubiegłorocznym festiwalu R@Port w Gdyni widzka, profesor Ewa Nawrocka, wyzwała bohaterkę od kurwy, każąc „Katarzynie z kloaki spieprzać na Sybir” wyraźnie wchodząc w konwencję teatralną. Ta sama scena była przyczyną, dla której Tomasz Mościcki, juror tego festiwalu, nie zgodził się z opinią pozostałych członków jury, twierdząc, że „nawet najbardziej ekstrawagancki światopogląd nie zwalnia twórcy z nadania mu scenicznej formy, a z pewnością wyklucza zadawanie gwałtu odbiorcy”. Potwierdza to tylko, że Caryca Katarzyna jest eksperymentem niezwykle udanym. Choć dla mnie ciekawsze przekroczenie dokonuje się w scenie zupełnie innej, którą wielu widzów, niestety, przegapiło, wychodząc po ukłonach i długich owacjach. Tymczasem jeden z aktorów, Dawid Żłobiński, wcielający się w rolę Kanclerza, pozostał na scenie i gdy została już tylko garstka widzów, rozpoczął improwizowaną przemowę. Zdawało się, że nie był już postacią, którą odgrywał wcześniej, ale – ubrany w białą suknię – był kolejnym wcieleniem carycy. Może Katarzyny, a może jakiegokolwiek monarchy, uwikłanego w relację władzy, która ją/go przerasta. Zdaje się, że Rubin i Janiczak mają jeszcze sporo ciekawych pytań do postawienia.

Agnieszka Misiewicz : www.teatralia.com.pl : 2015-06-03

Link do źródła: http://www.teatralia.com.pl/cialo-wspolnotowe/

Logo Biuletynu Informacji Publicznej