Przejdź do treści Przejdź do nawigacji

RECENZJE

Dlaczego?!

13.07.2018

4 lipca 1946 roku w Kielcach zginęli ludzie. Mieszkali w kamienicy położonej tuż
przy Silnicy, przy ul. Planty. Byli Żydami, nie zrobili nic złego. Zginęli bestialsko
zamordowani przez innych ludzi. O tej tragicznej, ciągle wzbudzającej emocje
historii opowiada „1946”, ostatnia premiera roku 2017 w Teatrze im. Stefana
Żeromskiego.

Duet Tomasz Śpiewak – dramaturg i Remigiusz Brzyk – reżyser nie próbuje rekonstruować pogromu kieleckiego,nie szuka odpowiedzi na pytanie, kto zawinił. Stworzyli wielowarstwowy, wielowątkowy patchwork, w którym przeszłość miesza się z teraźniejszością, fakty z teatralnymi metaforami i interpretacjami scenicznymi, dającymi szansę, by na tragiczne wydarzenia spojrzeć z zupełnie innej perspektywy. Ten patchwork jest gęsto utkany, mieni się znaczeniami, nawiasami, różnorodnymi optykami, w której nic nie jest do końca takie, jak wydaje się na początku. Constans jest tylko jeden: miejsce, kamienica. Poznajemy ją na początku, towarzysząc grupie zwiedzających, którzy poznają zawiłości architektoniczne, topograficzne, rozkład pomieszczeń, klatek, właścicieli mieszkań. Już za chwilę, zaglądając w każdy kąt czujemy się zagubieni jak w labiryncie i wszystko przestaje być jasne. Zresztą sceniczną konkretyzacją kamienicy jest metalowy szkielet. Treścią i życiem wypełniają go
dopiero aktorzy. I my widzowie, usadowieni po drugiej stronie „akwariowej” Silnicy.

Okazuje się, że tych znaczących miejsc jest więcej. Teatr, w którym oglądamy spektakl, także był świadkiem ostro prezentowanej niechęci do Żydów. To tutaj w 1918 roku, narodziła się pogłoska, że Żydzi nie chcą niepodległej Polski. Dzięki multimediom poznajemy także teatralny labirynt pomieszczeń i zakamarków. Nasz patchwork się rozrasta. Pogromy są już dwa i to na dodatek oddalone w czasie.

Najważniejsi są jednak ludzie. Ofiary pogromu przestają być anonimowe. Dowiadujemy się, co przeżyli podczas wojny, o czym marzą, co planują. Patrzymy, jak uczą się hebrajskiego, ogrodnictwa, jak szykują się do wyjazdu do nieistniejącego jeszcze Izraela, by zapuścić korzenie i rozpocząć życie na nowo. Nie jest im to dane. Bo ślepa i nieokiełznana nienawiść innych ludzi odbiera im szansę na życie. Jedną z ofiar poznajemy bliżej. To Bajla, młoda poetka, która nie przeżyła lipcowych wydarzeń. Obraz młodej dziewczyny, która siedzi nieruchomo na brzegu sceny z naręczem balonów, na których kły szczerzą przerażające rekiny, na długo zostanie mi w pamięci.

Anonimowy jest tłum, który odbiera im życie. Wściekłość, gwałtowność reakcji oprawców poraża. Nie widzimy czynów, słyszymy jedynie pełen nienawiści monolog kobiety zaniepokojonej zniknięciem swojego dziecka. To nie przerażona, wystraszona matka, ale bogini nienawiści, która oskarża wyimaginowanych sprawców porwania o wszystkie nieszczęścia świata, nawołując do przemocy, „ręcznego” wymierzenia sprawiedliwości. Magda Grąziowska krzyczy „Bij Żyda!” i przecież można ją rozumieć, bo broni swojego dziecka. I choć nienawiść dawno odcięła jej dopływ rozsądku, inni mogą jej wierzyć, bo w swoich emocjach jest prawdziwa i szczera i robi to z matczynej miłości.

Ofiary pogromu i gwałtowność reakcji ludzkich poznajemy jeszcze dokładniej. Z protokołów sekcji zwłok i zdjęć ofiar projektowanych na elementach scenografii. Zmasakrowane ciała, które trudno rozpoznać, zmęczeni lekarze i pielęgniarki, które próbują ogarnąć chaos w szpitalu św. Aleksandra przy ul. Kościuszki, gdzie przewieziono rannych. Wystraszone ofiary, które nadal czują zagrożenie, jak na Plantach. Nikt nie epatuje okrucieństwem. Ono po prostu tutaj jest. Scena szpitalna sprawia, że nasza mapa miasta poszerza się o kolejny punkt „zainfekowany” pogromem. Widzimy też zdjęcia z pogrzebu, na twarzach uczestników i gapiów jak w laboratorium dopatrujemy się skruchy, poczucia winy, ale i trudnych do zrozumienia uśmiechów. Poznajemy historię żydowskiej aktorki, Elżbiety Kowalewskiej, która szykanowana i obrażana już wcześniej, w dzień po pogromie w lęku o życie swoje i dziecka ucieka z Kielc.

Teatralny patchwork gmatwa się jeszcze bardziej. Jesteśmy w czasowej pętli. Na scenie obok siebie funkcjonują dwa czasy: uprawiający ziemię kibucnicy zaplatają się jak warkocz z pracownikami i przymierzającą suknie klientką salonu mody ślubnej, który od wielu lat funkcjonuje w kamienicy przy Planty. Przecież minęło już 70 lat. Mimo to właścicielka salonu dopatruje się przyczyny wszystkich kieleckich niepowodzeń w… klątwie rzuconej przez rabina na miasto, w którym doszło do pogromu. Aktorzy to odgrywają swoje postaci, to z nich rezygnują. Są przecież mieszkańcami tego miasta, ich także to dotyczy i choć są teraz w pracy, bo grają spektakl, są także ludźmi i ich poglądy mogą różnić się od tego, co wypowiadają z wysokości sceny.

Ten teatralny zabieg – ostatnio modny (doskonale wykorzystany w warszawskiej „Klątwie”: uwaga, to jest teatr, pamiętaj, ja gram) dodaje kolejne sploty do naszego patchworka. Pozwala opowiedzieć o poprzednim spektaklu poświęconemu pogromowi, wyreżyserowanym przez Piotra Szczerskiego „Spotkajmy się w Jerozolimie”. wg tekstu Andrzeja Lenartowskiego Pozwala na zwracanie się prosto do publiczności ze zbyt dosłownym i dydaktycznym przesłaniem (brawo dla Joanny Kasperek, która ten przydługi monolog uniosła aktorsko!). Dowiadujemy się m.in., że pogoń za szukaniem sprawców to droga donikąd, a ideologiczne spory i polityczna optyka sprawia, że tracimy z oczu to, co najważniejsze: tragiczną i niepotrzebną śmierć wielu ludzi, zadaną sąsiadom przez sąsiadów.

Przez chwilę możemy poczuć się jak ci sąsiedzi. Publiczność ochoczo przekazuje żeberka od kaloryfera z tylnych do przednich rzędów. Okazuje się, że… to narzędzie, którym mordowano mieszkańców domu na Plantach. Od manipulacji do zbrodni jest tylko jeden niewielki krok i trzeba bardzo uważać, by go nie przekroczyć.

„1946” przez swoją wielowarstwowość staje się teatralnym obrazem nie tylko dotyczącym wydarzeń sprzed 70 lat, ale uniwersalną opowieścią o antysemityzmie, lęku przed innymi podsycanym niesprawdzonymi informacjami, bzdurnymi opowieściami, banialukami wypowiadanymi przez wielkich, ważnych i szanowanych. Jednym z nich jest ksiądz Piotr Skarga. Jego kazanie o trzyletnim Szymonie z Trydentu, zamordowanym przez Żydów, którzy potrzebowali jego krwi, czyta w spektaklu Krzysztof Kowalewski, syn żydowskiej aktorki-uciekinierki.

Ostatnia premiera roku 2017 w Teatrze im. Stefana Żeromskiego to spektakl ważny, ale nie doskonały. Razi zwłaszcza dydaktyzm i dosłowność przesłań skierowanych bezpośrednio do pu- bliczności. Momentami możemy czuć się jak niesforni uczniowie, którym w kółko należy powtarzać to samo. Brakuje finezji, lekkości i zaufania do widzów. Ale może słusznie? W kuluarach słyszałam opinie, że to spektakl „obleśny i antypolski” i na dodatek kompletnie niepotrzebny, podczas dyskusji padły określenia „tzw. pogrom” i sugerowano, że jesteśmy o krok od odkryć, które rzucą nowe światło na wydarzenia z lipca 1946 roku. Podtrzymywanie fałszywych mitów i szukanie winnych ma się więc nadal dobrze. Szkoda, bo przede wszystkim to spektakl o wszystkich fałszywych, stereotypowych i wrogich innym opiniom, które nadal mogą doprowadzić nas na współczesne Planty. One naprawdę są tuż za rogiem.

Agnieszka Kozłowska-Piasta, Projektor. Kielecki magazyn kulturalny
.

 

 

 

Logo Biuletynu Informacji Publicznej