Przejdź do treści Przejdź do nawigacji

RECENZJE

Dwa pogromy

23.02.2018

Na scenie widzimy bardzo umowną rekonstrukcję kamienicy znajdującej się przy ulicy Planty 7/9. Tworzy ją szereg powiązanych rusztowań i pustych w środku metalowych stelaży, dający pojęcie o układzie pomieszczeń. Na jednej z bocznych ścian przypięto kilkanaście czarno-białych zdjęć, zbyt małych jednak, żeby widzowie mogli dostrzec, co przedstawiają. Z tyłu budynku jest jeszcze szatnia z płaszczami na wieszakach, sala projekcyjna, z boku stoi niewielka gipsowa makieta całego budynku. Dzisiaj w kamienicy, w której 4 lipca 1946 roku doszło do jednego z największych pogromów ludności żydowskiej w powojennej Polsce, ma siedzibę Stowarzyszenie im. Jana Karskiego. Pełni ono funkcje edukacyjne. propaguje też w społeczeństwie postawę otwartości na innych.
Wcielający się w Przewodnika Dawid Żłobiński oprowadza grupkę zwiewłącza film, pokazuje zdjęcia i dokumenty. Opowiada. jak wyglądało życie w tej kamienicy przed wojną, zdradza, że znajdowała się w niej ubojnia zwierząt, pokazuje. gdzie ściekała krew, którędy wchodziło się do budynku, jak
obecnie wygląda rozkład mieszkań. Wspomina, że nigdy nie było w niej podpiwniczenia. To ważny szczegół. Bezpośrednią przyczyną pogromu była błyskawicznie rozprzestrzeniająca się plotka o tym, że ośmioletni Henryk Błaszczak został porwany przez Żydów w celu dokonania na nim rytualnego
mordu, a gdy został odnaleziony, twierdził. że był przetrzymywany w piwnicy przez mieszkańca kamienicy przy Planty 7/9. Żłobiński zdradza też niektóre, czasem drastyczne, szczegóły rozgrywających się tutaj ponad siedemdziesiąt lat temu wydarzeń: „W opowieści Miriam jest takie zdanie, że ona widziała, jak w rzece były znieważane zwłoki. To mogła widzieć tylko stąd, z tamtej
klatki schodowej by tego nie zobaczyła. Musiała stać tutaj, drzwi były otwarte, stąd widziała Silnicę i to, co się tam wydarzało”. Patrząc na rzekę, wskazuje kilka napełnionych wodą akwariów ustawionych wzdłuż sceny, naprzeciwko widowni. To nałożenie na siebie realności i teatralnej konwencji pracuje w spektaklu Śpiewaka i Brzyka na kilku poziomach i będzie nieustannie powracać. Aktorzy mówią sobie po imieniu, pojawiają się w codziennych ubraniach, jeśli już zakładają kostium, często robią to na oczach widzów. W pierwszej scenie mogliśmy więc równie dobrze obserwować aktorów kieleckiego teatru, robiących research w ramach przygotowań do spektaklu. Podobnie, gdy Dagna Dywicka odgrywając Elżbietę Kowalewską, wypowiada monolog o doświadczeniach swojej pracy w Teatrze im. Stefana Żeromskiego, jest on tak skonstruowany, że nie wiadomo, czy Dywicka mówi w imieniu swoim. czy granej przez siebie postaci. Kowalewska w 1946 również była aktorką w zespole kieleckiego teatru, zagrała w kilku przedstawieniach, widnieje na afiszu ostatniej w tamtym sezonie premiery. Nie wzięła jednak w niej udziału, bo wyjechała z Kielc zaraz po pogromie. Dywicka czyta odnaleziony w teatrze list, w którym Kowalewska pisze, że musi opuścić miasto po tym, jak jedna z aktorek zaczęła o niej rozgłaszać, że jest Żydówką i ma nieślubne
dziecko. W trakcie czytania w głębi sceny widać wyświetlone zdjęcie Dywickiej z foyer teatru, obramowane narysowaną sprayem gwiazdą Dawida.

Powtórzenie oraz nakładanie się różnych porządków czasowych i przestrzennych jest podstawową strategią przedstawienia. Żłobiński prowadzi swoją grupę przez kolejną ścieżkę zwiedzania, tym razem biegnącą przez cały budynek teatru. „W tym miejscu 11 listopada 1918, po odzyskaniu nie-podległości, zgromadzili się Żydzi. Głos zabiera zasymilowany Żyd, mówi po polsku, a oni do niego: mów w jidysz, bo cię nie rozumiemy, I tak poszła w miasto informacja, że Żydzi nie chcą Polski. Dodatkowo poszła plotka, że rzekomo Żydzi zabili polskiego oficera. I tak w tym teatrze doszło do pierwszego pogromu Żydów w Kielcach”. Zginęły wówczas cztery osoby, ponad dwieście pięćdziesiąt zostało rannych, zamieszki, które szybko rozlały się na całe miasto, trwały prawie dwa dni.
W przedostatniej scenie z głośników słyszymy zaś doskonale rozpoznawalny głos Krzysztofa Kowalewskiego, syna Elżbiety. Czyta on audiobook z żywotami świętych księdza Piotra Skargi,
konkretnie fragment o umęczonym Szymonie Trydenckim, na którym Żydzi dokonali rytualnego mordu. Zabieg ten łączy nie tylko plotkę, będącą bezpośrednią przyczyną pogromu, teatr, skomplikowane i bolesne życiowe losy Kowalewskiej, ale wskazuje również na ambiwalentną pozycję Kościoła katolickiego wobec długiego trwania kulturowych stereotypów i uprzedzeń.Niebezpiecznych szczególnie w czasach powojennego chaosu. Jak słyszymy z fragmentu mowy pogrzebowej, wygłoszonej przez rabina Dawida Kahane: ,.Coście wy zrobili od czasu uzyskania niepodległości celem uświadomienia szerokich mas społeczeństwa zatrutego pięcioletnim jadem hitleryzmu. Biskupi polscy, gdzież wasz list pasterski w tej sprawie. Czyżby nie były wam znane encykliki papieskie, wyraźnie zadające kłam wszelkim bredniom o mordzie rytualnym? Czyżby przykazanie «nie zabijaj» nie dotyczyło Żydów”. Brzyk ze Śpiewakiem w 1946 ustanawiają coś na kształt archiwalnej  antropologii: wydobywają różne ślady przeszłości nie po to, żeby wprost zaświadczyć o jakimś wydarzeniu czy bezpośrednio się do niego odnieść, ale po to, by stworzyć złożoną konfigurację elementów decydujących o warunkach zaistnienia danych wypadków.

Najmocniejsza sekwencja spektaklu to odegranie sytuacji ratowania rannych w kieleckim szpitalu im. św. Aleksandra. Próby niesienia pomocy przez medyków przeplatane są identyfikacją zabitych i oględzinami ciał przez zespół śledczych. Gorączkowym i rozpaczliwym próbom pomocy oraz wypowiadanym na chłodno opisom śmiertelnych obrażeń i wyglądu „tak makabrycznie pogruchotanych głów, tak ciał poszarpanych na strzępy”, towarzyszy obraz z kamery. Wyświetla on w powiększeniu wiszące na ścianie fotografie, które do tej pory były dla nas nieczytelne. To autentyczne zdjęcia, dokumentujące ofiary i rannych, wykonane tuż po pogromie przez Julię Pirotte, fotoreporterkę „Żołnierza Polskiego”, Choć zdjęcia są wstrząsające (a i tak ich wyrazistość jest nieco
stonowana przez zapośredniczenie kamery), w scenie tej nie chodzi szokowanie widzów. Twórcy zresztą bardzo uważają, żeby nie popaść w patos, proste moralizowanie czy wywoływanie łatwego wzruszenia. Nie pozwalają na niebezpieczne w kontekście tematu spektaklu pełne emocjonalne
zaangażowanie. Nieustanne wprowadzają dystans poprzez rozbijanie teatralnej formuły wtedy, gdy staje się ona zbyt spójna i domknięta. Tworzą na scenie raczej rodzaj laboratorium, w którym te wydobyte przez nich dokumenty są „przepuszczane” przez ciała aktorów i świadomość widzów, zaczynając funkcjonować w zapośredniczeniach i nieoczywistych układach. Laboratorium, które w równym stopniu testuje nasze konkretne reakcje i zachowania, często obnaża łatwość, z jaką można nimi manipulować. W scenie szpitalnej motywem przewodnim jest żeberko od kaloryfera, które w pogromie stało się niezwykle, skutecznym narzędziem kaźni. Stos takich żeberek leży na środku sceny. Ułożyli go poniekąd sami widzowie, bardzo łatwo dający się do tego przekonać przez Magdę Grąziowską: „Spektakl jest o pogromie, potrzebujemy kaloryferowych żeberek, konieczna jest państwa pomoc. Proszę podawać żeberka z tyłu sali, one nie są ciężkie, proszę się nie martwić. W płynnym rytmie, bierzemy żeberko od sąsiada z tyłu i podajemy do sąsiada z przodu, żwawo! Chciałabym za chwilę zobaczyć sunący przez widownię ocean żeberek”. Grąziowska przez cały spektakl pełni funkcję zdystansowanej, ironicznej obserwatorki, często podającej w wątpliwość skuteczność i sens odegranych scen. Początkową sekwencję zwiedzania kamienicy skomentuje: „z perspektywy powietrza to wygląda tak: pochodzili pobyli, i poszli. Zarejestrowały ich kamery, tak jak zarejestrowały powietrze, którego nie widać”. To również ona w finale spektaklu poinformuje widzów, że pod siedzeniami znajduje się wydruk Wiersza o zabiciu doktora Kahane Juliana Kornhausera, i wspomni o antysemickich konsekwencjach, jakie do dziś spotykają autora za jego napisanie. Nie przeczyta go jednak, możemy to przecież zrobić sami. Zasugeruje jednak, żeby spróbować dotrzeć do tomiku, w którym się on znajduje, jest on bowiem częścią większej całości.

Bo 1946 nie daje żadnego całościowego obrazu pogromu, nie oskarża wprost, nie zmusza do wyznania win i przepracowywania kolejnych traum. Rozkłada przed widzami różne elementy, które jakoś się z pogromem i wzbudzanymi przez niego konsekwencjami wiążą, ale nie próbuje wpisywać ich w prostą logikę przyczynowo-skutkową. Raczej pokazuje, że tego rodzaju wydarzenia wymykają się historycznym racjonalizacjom i wyjaśnieniom. Skoro scenariusz pogromu w tym samym mieście mógł się dwukrotnie powtórzyć w zupełnie różnych warunkach politycznych, historycznych i ekonomicznych, to wszelkie teorie o komunistycznej prowokacji czy powojennym moralnym stanie wyjątkowym tracą rację bytu.

Puentą opisywanej przeze mnie sceny w szpitalu jest przytoczenie skargi jednego z pacjentów na zachowanie polskich pielęgniarek: „Komuś zginęła biżuteria, kogoś przy myciu oblano wrzątkiem [ …j szarpią nas za włosy, dziewczynce obcięto warkocz, mówią, że źle się stało, że nas Hitler do końca nie wytępił”. Słuchając tego, trzeba wziąć jednak pod uwagę fakt, że pacjenci byli w ciężkim szoku i niedawna, brutalna przeszłość mogła spowodować obsesyjne postrzeganie teraźniejszości. Jednym słowem, ta sytuacja sama w sobie przedstawia się okrutnie niewyobrażalnie i nieprawdopodobnie.
Wydaje się jednak, że koresponduje z wcześniej przytaczaną w spektaklu relacją z pogrzebu ofiar, zgodnie z którą w czasie uroczystości żałobnych nie czuło się atmosfery przygnębienia czy przytłaczającego smutku. Wręcz przeciwnie – gdzieniegdzie można było dostrzec nienawistne i złośliwe uśmiechy. Potwierdza to fotografia, która przypadkiem uchwyciła uśmiech na twarzy jednego z gapiów. Mógł to być przypadek, uchwycony śmiech mógł też przecież dotyczyć zupełnie  czegoś innego. Jednak ten odnaleziony na fotograficznym kadrze i wystawiony na teatralnej scenie uśmiech sprawia, że myśląc o pogromie, trzeba się skonfrontować nie z pytaniami, jak czy dlaczego do niego doszło, ale z dużo trudniejszą i, wbrew pozorom, bardziej złożoną kategorią myślenia o nim
jak o tym, co „tak głęboko naruszyło porządek dlatego, że ludzie znaleźli się w sytuacji niesamowitej pokusy i – jej-ulegli”.

Jakub Papuczys, Didaskalia nr 143

Logo Biuletynu Informacji Publicznej