Przejdź do treści Przejdź do nawigacji

RECENZJE

Dzisiejsze opowieści

29.05.2017

Umowa między Państwową Wyższą Szkołą Teatralną imienia Ludwika Solskiego w Krakowie i Teatrem imienia Stefana Żeromskiego w Kielcach pozwalająca adeptom uczelni realizować swoje debiuty na kieleckiej scenie przynosi nadspodziewanie dobre rezultaty. Dowodem premiera „Opowieści Lasku Wiedeńskiego” Ödöna von Horvátha w reżyserii dyrektora kieleckiego teatru Michała Kotańskiego przy asyście dwóch studentek Wydziału Reżyserii Dramatu i w wykonaniu studentów Wydziału Aktorskiego.

Spektakle dyplomowe to jakby osobny gatunek twórczości teatralnej, rządzą się swoimi prawami, najkrócej mówiąc chodzi o to, by podczas przedstawienia wydobyć z całej grupy studentów, pojedynczo i zespołowo, jak najwięcej ich walorów, pokazać spektrum możliwości, umiejętność indywidualnej kreacji, ale też zdolność pracy zespołowej. Do tego potrzebny jest oczywiście tekst, który na to wszystko pozwoli a przecież żaden dramaturg nie tworzy z założenia tekstów dyplomowych.

Znane z kilkunastu realizacji w polskich teatrach „Opowieści Lasku Wiedeńskiego” idealnie się do tego celu nadają i chwała Michałowi Kotańskiemu za sięgnięcie po ten skądinąd niemal wiekowy tekst. Wiekowy, ale jak się okazało na wskroś współczesny i aktualny, w reżyserskim zamyśle i aktorskiej interpretacji rzecz jasna. Podobnie było kilka lat temu, gdy Kotański wystawiał w Kielcach sceniczną adaptację „Dziejów grzechu” Stefana Żeromskiego, praktycznie nie ingerując w tekst z początku XX wieku, wystawił spektakl o dylematach początku wieku następnego.

Sztuka  Ödöna von Horvátha z 1931 roku osadzona jest w mentalności wiedeńczyków, którzy utracili po pierwszej wojnie światowej status stolicy imperium a są w przededniu nazistowskiego obłędu. Z perspektywy czasu widać, że rzecz była na swój sposób prorocza, nota bene powstało wiele prac naukowych stawiających tezę, że wychowanie dzieci i porządek społeczny zakorzeniony w cesarsko-królewskich Austro-Węgrzech miały olbrzymi wpływ na późniejszy przebieg europejskiego kataklizmu drugiej wojny światowej. Nic też dziwnego, że krytyka tej mentalności wraca jak bumerang we współczesnej literaturze, ba, jest wciąż źródłem polemik publicystycznych i politycznych.

Generalnie chodzi o patologicznie dominującą rolę mężczyzn w strukturze społecznej. Jeżeli mężczyzna jest macho a kobieta jego niewolnicą to rzeczywiście jest to zwyrodnienie a takie sytuacje rysował przed niemal dziewięćdziesięciu laty Ödön von Horváth i dziś wystarczy włączyć jakąkolwiek telewizję i naoglądać się ludzkich tragedii, których większość źródeł tkwi właśnie w takich chorych układach. Nieprawdaż? Nic się pod tym względem nie zmieniło mimo światowych wojen.

Oglądając premierowy spektakl miałem wrażenie, że tekst dramatu napisał współczesny autor. Wielka w tym zasługa samego reżysera i młodych aktorów, którzy przede wszystkim są na wskroś naturalni. Bardzo dobrze wypadła w roli Marianny Kamila Banasiak, która w żaden sposób nie przerysowując swojej postaci, osiągnęła efekt autentyczności posługując się dzisiejszymi gestami, oszczędną mimiką, naturalnym językiem i przede wszystkim naturalnymi emocjami. Karierę wróżę także Janowi Marczewskiemu, który w roli Rotmistrza i Spowiednika doskonale połączył historyczne już postaci epigona cesarsko-królewskiej armii i przedsoborowego księdza z dzisiejszymi odpowiednikami. Ödön von Horváth kreślił wyraziste psychologiczne postaci i ową psychologię widać doskonale w grze pozostałych aktorów spektaklu, co oznacza, że ich kreacje w żaden sposób nie są schematyczne, czarno białe i przewidywalne, wręcz odwrotnie.

Skupieniu na grze aktorów (a o to przecież przede wszystkim chodzi w spektaklu dyplomowym) bardzo sprzyja oszczędna scenografia Barbary Hanickiej. W centrum sceny mamy karuzelę z wiedeńskiego Pratera, gdzie przykładne rodziny spędzały niedzielne pokościelne popołudnia w rytm choćby walca pod tytułem „Opowieści Lasku Wiedeńskiego” Johanna Straussa. Karuzela podzielona jest na mansjony i jej obrót przenosi widzów w różne miejsca dziania się akcji. A wracając do walca Straussa pochwalić trzeba muzykę Lubomira Grzelaka, który rzecz jasna utwory wiedeńskiego mistrza wykorzystuje, lecz głównie czerpie z ambientowych odgłosów natury, by w kulminacyjnych scenach wypełniać przestrzeń teatru drażniącym elektronicznym basem.

Nie muszę dodawać, że kostiumy aktorów zaprojektowane przez Arka Ślesińskiego w takiej reżyserskiej interpretacji dramatu Ödöna von Horvátha musiały być i są eklektyczne.

Spektakl gorąco polecam i po współpracy krakowskiej uczelni z kielecką sceną dramatyczną wróżę sobie w  następnych sezonach wiele artystycznych wrażeń. Tak trzymać Panie Dyrektorze Kotański!

Ryszard Koziej, Radio Kielce

Logo Biuletynu Informacji Publicznej