Przejdź do treści Przejdź do nawigacji

RECENZJE

Hotel Żeromskiego najwyżej trzygwiazdkowy

27.08.2016

„Hotelowe manewry, czyli błogi s-pokój” jest lekką i zabawną sztuką. Nie zadaje życiowych pytań i nie porusza egzystencjalnych problemów. Czy jest farsą, pastiszem czy komedią? – sami aktorzy nie są zgodni, jak określić przeniesiony na scenę tekst Michaela McKeevera. Sztuka ma za zadanie odprężyć widza i go zabawić. To też robi, przez większość czasu.

Farsę „Hotelowe manewry, czyli błogi s-pokój” Mirosław Bieliński, reżyser i jednocześnie odtwórca jednej z głównych ról, woli nazywać pastiszem życiowych sytuacji. Akcja sztuki toczy się w Stanach Zjednoczonych lat 40. ubiegłego wieku. W ekskluzywnym hotelu w Palm Beach na Florydzie pojawić się mają dwie gwiazdy estrady, aby wystąpić dla wyjeżdżających w bój żołnierzy. Dyrektor hotelu, Bernard Dunlap, grany przez Mirosława Bielińkiego, ma z tego powodu ręce pełne roboty. Nie dość, że oczekujący na występ żołnierze przysparzają mu problemów, to nie może dopuścić, by doszło do spotkania nieznoszących się piosenkarek. Traf jednak chce, że przez pomyłkę obie dostają ten sam apartament. Dyrektor i obsługa hotelu robią co mogą, by ratować sytuację, co powoduje szereg zabawnych i niezręcznych scen.

Sztuka McKeevera pierwszy raz trafiła na deski w 2008 roku. Wystawiana była w Niemczech, Szwajcarii i Stanach Zjednoczonych. Polska prapremiera miała miejsce w sobotę w Teatrze im. Stefana Żeromskiego.

Przed debiutującym na dużej scenie reżyserem i jednocześnie odtwórcą jednej z głównych ról, Mirosławem Bielińskim, stało trudne zadanie. – Farsa wymaga błyskawicznych zmian nastroju, aktorzy muszą robić to płynnie i w naturalny sposób, gdyż jakakolwiek nutka fałszu jest od razu wychwytywana przez widza – mówi Bieliński.

W role skłóconych diw wcieliły się Joanna Kasperek i Beata Wojciechowska, które wcześniej nie miały okazji dzielić ze sobą sceny. Z tego aktorskiego pojedynku zdecydowanie zwycięsko wyszła Wojciechowska, której rola kapryśnej i niestroniącej od alkoholu diwy Claudii McFadden jest jedną z najciekawszych i najzabawniejszych w całej sztuce. Na szczególną uwagę zasługuję również gra Marcina Brykczyńskiego, który wciela się w asystenta jednej z gwiazd i rola Ewy Józefczyk, będącej tu wścibską reporterką lokalnej gazety.

Sztuka w swojej konstrukcji bazuje na konflikcie skłóconych piosenkarek, co piętrzy kolejne absurdalne sceny. Budowanie napięcia, które prowadzić ma do ostatecznej konfrontacji, jest jednak dawkowane w bardzo nierówny sposób. Czekając na wywołanie kolejnej salwy śmiechu, widz ogląda sceny, które się dłużą i nie wnoszą nic ciekawego. Jako całość sztuka broni się jednak lekkością i klimatem lat 40. Z ogromną dbałością postarano się odwzorować atmosferę hotelu lat 40. Bożena Kostrzewska, odpowiadająca za scenografię i Klara Kostrzewska znakomicie wywiązały się z zadania.

Najsłabszą częścią sztuki jest wspólny występ taneczny, połączony ze śpiewem aktorek. O ile pomysł na zaprezentowanie rewii rodem z Moulin Rouge jest jak najbardziej trafiony, to jego wykonanie zostawia wiele do życzenia. Widz zostaje zbombardowany niedopracowaną choreografią i zagłuszającymi się nawzajem artystkami. Śpiew zaś zmienia się w kakofonię dźwięków, połączonych z muzyką z playbacku. Kulminacja spektaklu, czyli pojedynek skłóconych diw, jest raczej przewidywalny, ale nie można mieć o to pretensji do aktorów lub reżysera, gdyż wynika to z tekstu McKeevera.

Sztukę ogląda się przyjemnie i pozwala ona zapomnieć na chwilę o codziennych troskach, co pomimo pewnych mankamentów jest chyba jej największą siłą – niezależnie czy mówimy tu o farsie, pastiszu czy komedii.

Paweł Mączewski : Wyborcza Kielce : 2013-05-28

Logo Biuletynu Informacji Publicznej