Przejdź do treści Przejdź do nawigacji

RECENZJE

„Hotelowe manewry” czyli nihil novi sub sole „w temacie” farsa

27.08.2016

W zasadzie ta sztuka jest pewniakiem. Liczba nagród, które zdobył ich autor jest naprawdę imponująca. Wydaje się, że takich rzeczy, nie da się zepsuć. Ale… na koniec pozostaje refleksja, że nie jest aż tak wesoło, jak świadczą o tym, te wyświadczane autorowi honory. I druga – w końcu – nie zawsze do teatru przychodzimy, żeby przeżyć wstrząs, niekiedy po to, żeby „bezkarnie” się pośmiać. Choć często niezbyt szczerze.

I taką funkcję pełni najnowsza propozycja kieleckiego Teatru im. S. Żeromskiego. Mowa o „Hotelowych manewrach czyli błogim s-pokoju”, farsie Michaela McKeevera, w tłumaczeniu Bogusławy Plisz-Góral, w reżyserii Mirosława Bielińskiego, aktora kieleckiej sceny. Ten jako reżyser zadebiutował już wcześniej – „Kpinami i kpinkami”. Oryginalny tytuł to „Suite Surrender”, gra słów miedzy „słodkim”, a „apartamentem” i „poddaniem”, w zasadzie to jest nieprzetłumaczalne na język polski. Tłumaczka używa zatem określenia „manewry” i sytuuje sztukę, w tradycji polskiej farsy (wspomnę chociażby o słynnych „Miłosnych manewrach”).

Słowem ma być komedia omyłek i było tak. Myliły się jak to może się wydarzyć w hotelu (zrealizowany postulat z „Trzech poetyk klasycznych”, że może być nieprawda, byleby było prawdopodobnie, co cieszy) – bagaże, kwiaty, osoby – dostarczając publiczności powodów do chóralnych śmiechów widzów, także w kieleckim teatrze. Tyle, że… cały czas towarzyszyło mi uczucie, że z tą sztuka i jej autorem jest jak z tańcem Johna Travolty w pamiętnej „Gorączce sobotniej nocy”, kiedy aktor mówi, że on wymyślił ten układ choreograficzny, ale wcześniej zobaczył go w… telewizji. Michael McKeever też wymyślił mnóstwo zabawnych scenek i dialogów.

Prapremiera sztuki odbyła się pięć lat temu. Wystawiana była już w USA, Niemczech, Szwajcarii, jak donosi przydatny internet. I wszędzie bawiła. Tylko dlaczego mnie bawi tylko momentami? A może ja mam mniej powodów do śmiechu, albo dlatego, że nie zażywam prozaku w żadnej postaci, w formie politycznej poprawności też nie?

Jest to rzecz całkiem nowa, która powinna wyrażać poczucie humoru współczesnego tzw. człowieka „zachodniej cywilizacji”, a śmieszy mnie nie zawsze. Jest aż tak przewidywalna? A może nie wyraża współczesnego człowieka, tylko tego z lat 40. minionego stulecia? W końcu akcja tej rzeczy dzieje się w 1942 roku w wielogwiazdkowym hotelu Palm Beach Royale, gdzie ma odbyć się uroczysty koncert, z którego dochód przeznaczony jest na finansowanie działań wojennych. (Mało pacyfistyczna idea, no nie?) W koncercie mają wystąpić dwie nienawidzące się artystki, i żadna z nich nie wie, ze wystąpi ta druga. Pech sprawił, że dyrektor hotelu (Mirosław Bieliński) musi je umieścić w jednym apartamencie, w przeciwległych pokojach i… zadbać o to, żeby się nie spotkały twarzą w twarz – przysparza to dyrektorowi zmartwień, a widzom powodów do śmiechu.

Jedną z gwiazd kapryśną Claudię McFadden, lubiącą sobie co nieco, niczym Kubuś Puchatek zjeść – wypić ginu z wermutem gra przekonująco Beata Wojciechowska, a jej asystenta, akompaniatora i.. popychadło kreuje, dawno nie obsadzony w tak dużej roli Marcin Brykczyński. Wygląda wybornie w błękitnym garniturze, wysoki, ze swoimi nieco archaicznymi manierami i urodą – skradł serce nie jednej pani z widowni. Świetnie wywiązał się ze swojego zadania – nie szarżuje w kierunku groteski, natomiast czyni postać na wskroś… pragmatyczną. Chciałbym zobaczyć też kiedyś Marcina na scenie w roli jakiejś drapieżniej, skomplikowanej postaci, mam nadzieję, że jakiś reżyser dostrzeże w nim i tę potencję. Pora. Bo Marcin Brykczyński skończył właśnie 44 lata, a to taki wiek, kiedy już nie zauważają nas kobiety, które my zauważamy, a zauważają te, których my jeszcze nie zauważamy, ale za to poszerza się wachlarz potencjalnych ról.

Nieco lubieżną Atenę Sinclair, zagrała Joanna Kasperek. Cały czas jestem pod wrażeniem jej dopiętej gry, przestrzeni, która wokół siebie tworzy, świetnego wokalu, znakomitej figury, nie przerysowanego gestu, który nigdy jak dotychczas mnie – nie raził manierą, jak to często się zdarza. Jej asystentkę zagrała Zuzanna Wierzbińska, której służy kielecka scena. Murphy Stevens, asystentka, jak to w farsie – spotyka swoją dawną miłość i także coś z tego, niby zabawnego wynika. Niby. Nie obyło się też bez postaci bojów hotelowych, którzy są przysłowiowymi chłopcami do „bicia”, ale i sprężynami perypetii, „charakternymi” pełnymi werwy i ekspresji. Z energią zagrali: Francisa – Łukasz Pruchniewicz, a Otisa, Michał Węgrzyński. A kiedy na scenę brawurowo wpada, a to Dora del Rio, sympatyczna, ciotka-klotka dziennikarka (Ewa Józefczyk), a to pani Everrettowa Osgood, sponsorka eventu jak to się mawia teraz (Teresa Bielińska), rośnie natychmiast temperatura przedstawienia i czuć… naftalinę konwencji.

W końcu dwie zwaśnione gwiazdy muszą się spotkać, ale już nie zdradzę co z tego wyniknie.

Więc o co mi chodzi z tym „śmiechem momentami”? Kiedyś śmiano się z osób kalekich, kopnięcia w zadek, ewidentnej krzywdy człowieka, czy zwierzęcia. O cyrku Barnuma, ludzkich osobliwości przed laty w poetyckiej formie pisał świetny kielecki poeta Zdzisław Antolski. Dziś już się nie śmiejemy z takich osób, ba… dostrzegliśmy, że każdy z nas, wbrew pozorom normalności może się kwalifikować do tego cyrku.

Ale czy czasem znowu nie śmiejemy się z tego, z czego pozwala nam się śmiać, z tego co nam się wybiera do śmiania?

Jak powiedział dyrektor kieleckiej sceny ta farsa może być pewnego rodzaju „katharsis”, po „Carycy”, którą nadal uważam… za złą sztukę. Nie wiem, czy następuje to oczyszczenie, ale daje chwilę oddechu i dzięki za to Mirosławowi Bielińskiemu, który podołał roli aktora i reżysera.

Kiedyś w przypływie szczerości z dyrektorem Szczerskim stworzyliśmy prywatny ranking sztuk, które się pojawiają w naszym teatrze – były tam sztuki „dobre”, „złe”. Ale także i „dobre, których mogłoby by nie być”… Do której kategorii zaliczyć „Hotelowe manewry…” spróbujcie moi drodzy, odpowiedzieć też sami.

Do teatru nie przychodzi się po chwałę, święty spokój, choć niekiedy po rozrywkę, ale głównie po to – żeby zobaczyć z całą jaskrawością świat takim jakim on jest. Więc czekam.Wytrwale..

Krzysztof Sowiński : bezprzeginania.blogspot.com : 2013-05-26

Link do źródła: http://bezprzeginania.blogspot.com/

Logo Biuletynu Informacji Publicznej