Przejdź do treści Przejdź do nawigacji

RECENZJE

Jak ci minął dzień

12.01.2017

„Harper Regan” Simona Stephensa to dramat, który trafił na nasze sceny w dwóch
odsłonach. Do pierwszej z nich będziemy wracać w podsumowaniach sezonu.

Już bliżej końcówki tekstu Stephensa pada zdanie istotne dla całego dramatu, choć tak naprawdę nie wiadomo, kto powinien je wypowiadać w kontekście dziwnej sytuacji, w której toczy się rozmowa między Harper a  jej matką Alison. To takie niespodziewane  podsumowanie życia, rzucenie córce
prawdy w oczy po kłótni. Jednak równie dobrze te same słowa mogłyby paść z ust Harper. „Oglądam
się i myślę o tych chwilach, w których w ogóle się nie zastanawiałam. O chwilach, kiedy czekałam na to, aż moje życie się rozpocznie […]”. Właśnie – nikt tu nawet nie zaczął żyć tak, jak by chciał.

Ten dramat jest zaskakujący, choć przecież angielski autor ma niewiele wspólnego z, nazwijmy to, dobrze skrojonym realizmem, z którym często jest kojarzona tradycja dramatu społecznego. Ale jednak ten interesuje Stephensa wyraźnie. W ostatnich latach jeśli patrzeć na dramaturgię brytyjską
jako na pewien punkt odniesienia po klasycznym dramacie amerykańskim lat 40.,50 i nawet 60., to porusza się ona w sferze tematyki społecznej, często społecznie zaangażowanej, lecz sama struktura tego gatunku nabiera nieoczekiwanych wymiarów.

Natomiast cechy godzące np. Stephensa z Arthurem Millerem czy z Tennessee Williamsem (który jest mu chyba bliższy), to emocjonalne nasycenie języka; jeszcze pewnie dochodzi do tego
jego bezkompromisowość. Ważny jest kontekst, który otacza wszystkich, choć teraz już u takich dramaturgów jak właśnie Stephens na pierwszy plan wybija się jednostka, to jej świat kumuluje w sobie wszystkie problemy współczesnego świata dookoła. Choroba ducha staje się obrazem choroby toczącej społeczeństwo.

U autora .Harper Regan” zaszło to,jak się wydaje, już dużo dalej niż u starszego od niego o pokolenie Davida Harea, w tym momencie już klasyka sztuk krytykujących współczesne systemy społeczne, scenarzysty i reżysera także filmowego.

I trzeba powiedzieć, że Simon Stephens naprawdę odniósł w ostatnich latach sukces, w najważniejszych teatrach londyńskich premiery jego sztuk są oczywistością. W Niemczech też jest wystawiany nad wyraz często, podobnie jak jego rówieśnik Dennis Kelly, dramaturg formalnie i pod
względem tematyki bardzo mu bliski. Tamtejsze sceny natychmiast weryfikują to, co zaczyna być trendem w dramaturgii na Wyspach, i dają przepustkę do dalszej teatralnej kariery w Europie.

Wróćmy do tego zaskoczenia związanego z .Harper Regan” Właściwie od początku nic nie jest tu pewne. Czy Harper wspomina jedynie epizod z życia, który staje się dla niej momentem symbolicznym, rytuałem pogodzenia się z życiem, w którym po pewnym czasie nie można już wiele
zmienić, gdy pozostaje tylko zgoda na jego marne rezultaty?

Ten tekst opowiada o próbie podjęcia decyzji za wszelką cenę, nawet za cenę upokorzenia, ale takiego, które w zamian ofiaruje katharsis, choć jest ono mało warte. Może co najwyżej dać
trochę ulgi na finał. Z drugiej strony dramat Stephensa może też być przyspieszonym zapisem snu o tym, co by się stało, gdyby Harper porzuciła rodzinę i wyruszyła na spotkanie z umierąjącym ojcem, by też w końcu z nim się pojednać. Oczywiście sen staje się emocjonalnym pretekstem, bo w snach wszyscy pozwalają sobie na wiele, na więcej, niż mogli zaplanować w chwilach odwagi.

Dlatego Harper spotyka w swej dziwacznej odysei postaci, można by rzec, symbole pogubionego człowieczeństwa. To posługując się nimi, podejmie wysiłek, by uporządkować świat na zewnątrz: w jednej z najlepszych scen wdawszy się w dwuznaczny flirt z dwoma wyrostkami, zakończy go,
wbijając jednemu z nich w szyję kieliszek do wina i kradnąc mu modną kurtkę. Potem odda się facetowi poznanemu na internetowym czacie – pewnie przede wszystkim po to, by odreagować śmierć ojca, której świadkiem być nie zdążyła. A może po to, by się przekonać, co znaczy babranie się w kłamstwie do samego końca? Mąż Harper ma w na koncie wstydliwe przestępstwo obyczajowe,jednak kwestia, czy jest winny, pozostaje otwarta. U Stephensa winny jest przede
wszystkim świat za ścianami rodzinnego domu, człowiek zaś nie ma ucieczki, zawsze okazuje się ofiarą. Harper jakkolwiek wiele decyzji podejmie przez kilkadziesiąt godzin, owszem,
na chwilę wyrówna rachunki z sobą, lecz nie przewartościuje rzeczywistości.

Łapię się na tym, że mówiąc o niejednoznaczności perspektyw, z jakiej opowiada tę historię Stephens, równocześnie już opowiadam o kieleckim przedstawieniu Grzegorza Wiśniewskiego. Choć na pewno nie jest też tak, że postrzegam ten dramat przez wyobraźnię reżysera. Wydaje się, że po prostu Wiśniewski czyta ten tekst, dosięgając jego tkanki i pozwalając, by ta niepewna ścieżka poprowadziła go w rejon teatru, w którym konkretne odpowiedzi przestają obowiązywać.
Niech każdy sam wytłumaczy sobie postępowanie Harper.

Zwłaszcza że Magdalena Grąziowska w tej roli czyni z niej kobietę jeszcze bardziej przejmującą. Aktorka, która na scenie debiutowała w 2008 r., nadaje swej bohaterce inny wymiar, bo przecież Harper u Stephensa ma 41 lat. Na scenie teatru Żeromskiego Grąziowska już na starcie
wygląda raczej na zadziorną dziewczynę, która wzięła na siebie zbyt wiele zadań w życiu, ale – co jeszcze bardziej przerażąjące – rozczaruje się życiem wcześniej, więc i bardziej. Jest delikatna, lecz w chwilach próby nieobliczalna, bo tego wymaga niebezpieczeństwo czyhające z każdej strony.
Wspominałem już o drastycznym zakończeniu rozmowy z wyrostkami. Fenomenalna Magdalena Grąziewska rozwibruje tę scenę do granic możliwości, oto ktoś, kogo postrzegaliśmy jako istotę w gruncie rzeczy niewinną, zostaje zmuszony do działań paradoksalnych, dając się ponieść szaleństwu w zwykły dzień.Odnoszę wrażenie, iż spektakl Wiśniewskiego tkwi też głęboko
w specyficznej ironii. Każdy gest, reakcja, skrywa tu podwójne znaczenia, niejasne intencje, trochę tak jak w najgorszym koszmarze twarz kogoś zaufanego nagle zmienia oblicze. Świetnie to widać w innej scenie, gdy Harper rozmawia z pielęgniarką po śmierci ojca (wybitna rola Joanny Kasperek, która gra także zdystansowaną matkę bohaterki). To działa na zasadzie kontrapunktu, który zostaje w naszej pamięci niczym migawka z ważnego dnia życia. Czy bardziej niż z wydzielonych epizodów pamięć nie składa się z takich slajdów, które do nas powracają? Tak jest skonstruowany seans Grzegorza Wiśniewskiego. Zdecydowanie ma on swój czas, sytuując się jako najciekawszy reżyser teatru psychologicznego. Wiem, że w tym nowym roku szykuje co najmniej dwie
mocne rzeczy.

Kilka słów wypada jednak powiedzieć o warszawskiej realizacji .Harper” z Teatru Dramatycznego, a raczej wspomnieć o tym, co zupełnie się nie udało. Szwedka Natalie Ringler, która ponad rok temu wystawiła tu ciekawy .Bent” Martina Shermana, tym razem nie znalazła nawet narzędzi do odczytania dramatu Stephensa. Są w tym przedstawieniu chwile, które wbrew zamierzeniom osuwają się w rodzajowość. Agnieszka Warchulska zaś zupełnie nie ze swojej winy się gubi. Nie ma przekonania, z jakiego powodu Harper w ogóle chciałaby coś zmienić. Wydawało się, że wymarzona do tej roli, nie otrzymała od reżyser żadnych wskazówek dotyczących nawet tego, czy Harper ma być kobietą dojrzałą, czy jeszcze marzycielką. Efektem jest ratowanie się świetnej aktorki
na różne sposoby. No i wszystko się sypie, gdy np. w scenach z przypadkowym kochankiem (Marcin Sztabiński) pojawia się nawet odcień niezamierzonego komizmu, i odczytywanie na opak intencji partnera w dialogu. Szkoda dobranego zespołu, bo i Adam Ferency wychodzi na scenę jako ktoś zmuszony do wykonania zadania. Ale podkreślam raz jeszcze: czy to z winy problemów komunikacyjnych, czy potraktowania tekstu Stephensa jako zestawu psychodramowych wątków
do ogrania, to Natalie Ringler ponosi podstawową odpowiedzialność za tę porażkę. Spektakl pokazuje aktorów, który bardzo chcą zrozumieć, po co grają,jednak pozostali w tym osamotnieni. Smutne.

Na afiszu Dramatycznego widnieje jednak cały czas „Dziwny przypadek psa wieczorową porą’, inny tekst Stephensa, wystawiony na tej scenie w 2015 r. przez Jakuba Kroftę. Warto zatem zachować autora, ale w tym przypadku koniecznie podmienić tytuły do obejrzenia. Skoro istnieje taka możliwość.

Przemysław Skrzydelski, W sieci

Logo Biuletynu Informacji Publicznej