Przejdź do treści Przejdź do nawigacji

RECENZJE

Kielczanie nie gotowi na rewolucję?

22.01.2018

W sobotę, 23 września w kieleckim Teatrze imienia Stefana Żeromskiego odbyła się premiera spektaklu „Rasputin” w reżyserii Jolanty Janiczak i Wiktora Rubina.

„Rasputin”, najnowszy spektakl Jolanty Janiczak i Wiktora Rubina rozgrywa się sto lat temu w ostatnich dniach panowania cara Mikołaja i dynastii Romanowów, ale jak zwykle u tych twórców nie jest to spektakl historyczny, a odniesień do współczesności jest w nim mnóstwo. I znowu widz nie może się czuć bezpiecznie ukryty w ciemności, światło na widowni pali się często i często padają ze sceny pytania i prośby, a czasami żądania współpracy.

Już w pierwszym zdaniu car (bardzo dobry w tej roli Wojciech Niemczyk) zasiadający w vipowskiej loży pyta widzów, jakiego spektaklu sobie życzą: ocenzurowanego czy też nie. Głosowanie jak w sejmie, a może na rzymskiej arenie. Lud decyduje, nie wiedząc przecież co wybiera. Ale car nie pozostawia złudzeń: obwieszcza, że i tak zrobi to, co zechce. Skąd my to znamy? Wiele następujących potem scen jest jakby żywcem przeniesionych z tego, co dzisiaj dzieje się wokół nas. Czasami mogą razić, irytować naiwnością, ale wiele z nich nie pozbawionych jest autoironii.

Autorzy spektaklu wskazują, że u podstaw rozpadu dawnego porządku leży nieumiejętność porozumienia się i to na wszystkich płaszczyznach, dotyczy to najbliższych członków rodziny jak i całych grup społecznych. Pada smutna konstatacja księżnej Tatiany (Anna Antoniewicz), że historia niczego nie uczy. Może stąd z taką determinacją podejmowane próby skłonienia ludzi siedzących na widowni do działania?

Bo teatr, co z emfazą wygłasza caryca Aleksandra (przejmująca Joanna Kasperek) ma zadnie do spełnienia: winien być wychowawcą: winien ciągle przypominać cierpienia i ofiary, z których naród wznosi jednoczące pieśni i pomniki. Znowu brzmi znajomo?

Jednak porwanie tłumu proste nie jest. Bo chociaż Międzynarodówkę pod dyktando umierającego na scenie przez cały spektakl carewicza Aleksego (wzruszający Dawid Żłobiński) zamruczała połowa sali, to potem było gorzej. Nikogo nie namówił Rasputin (demoniczny Maciej Pesta) do aktu obywatelskiej odwagi i wyrażenia publicznie opinii o nielubianym polityku. Kielczanie okazali się nieprzekupni, a może cena była za niska, bo 100 złotych oferowane na ulicy przechodniom w zamian za występ na scenie nie zachęciło nikogo.

Nikt nie przyznał się do bycia bolszewikiem, komunistą, esbekiem, a taki był potrzebny do odegrania roli dowodzącego egzekucją carskiej rodziny. Nikt nie chciał pomóc w akcie wybaczania. Tylko jedna osoba i to po długim namawianiu porwała widły, by symbolicznie gonić Żyda w ramach akcji edukacyjnej księżnej Anastazji (Dagna Dywicka) rekonstruowania pogromu ideowo podobnego do tych, które inspirował car Mikołaj. Tylko jedna osoba przyznała się do tego, że równość nie jest jej marzeniem, lubi rzeczy ponadprzeciętne, wyróżniać się z tłumu, za co dostała nagrodę.

O tłumie i ludzie, który go tworzy w spektaklu padło wiele słów (teatr do używania słowa zobowiązuje), ale nie były to słowa dobre. To jemu księżna Maria (wyniosła Beata Pszeniczna) przypisała dwa stolce leżące w holu teatru. Z ciemną masą, okrutną i chciwą nie utożsamiał się Rasputin: ja reprezentuje inną ulicę, ulicę pokoju, pieśni, wieńców, kolorów, protestów miłości – mówił i dodawał: chłop może być dobry w pojedynkę, ale jak się złączy powstaje bezmyślny motłoch, wyzbywa się wszelkich hamulców, cnót, nawet pozorów.

Nawet wyciągnięty z mauzoleum przez księżniczkę Olgę (pełnokrwista Magda Grąziowska) Lenin stwierdza, że nikt nie zrozumiał jego ideałów. Nie zostawia suchej niktki na lewicy bo to tchórze i nieudacznicy, „przespołecznieni intelektualiści, którzy nie mają siły ani ochoty na rebelię”.

Bardzo przygnębiająca ta diagnoza Janiczak-Rubina i ich czytanie współczesności przez pryzmat historii i losów Romanowów, Rasputina i Rosji. My już wiemy, że na nic zdadzą się zarzekania księżnej Iriny Jusupow (świetna Ewelina Gronowska), iż nie da się wpędzić w stada religii, rozrywki z innymi środkami wyrazu: siekierami, kijami, prymitywnym zaśpiewem. Jej nawoływanie do pracy, która uszlachetnia także spotkało się z rezerwą publiki. Tylko dwie osoby wyszły na scenę, kilkoro wcześniej, chyba na znak protestu przeciwko nagości, opuściło widownię. Ci, którzy pozostali mogli podziwiać rozmach, z jakim twórcy spektaklu poszerzyli scenę, teatr dosłownie, dzięki projekcjom na dużym ekranie, wyszedł na ulicę. Nie wyprowadził tam tłumu, ale może to jeszcze nie ten moment. Może kielczanie potrzebują więcej czasu?

Lidia Cichocka, Echo Dnia

link do źródła: http://www.echodnia.eu/swietokrzyskie/kultura/a/premiera-rasputina-na-deskach-teatru-kielczanie-niegotowi-na-rewolucje,12512258/

 

Logo Biuletynu Informacji Publicznej