Przejdź do treści Przejdź do nawigacji

RECENZJE

Lordowskie Kąpielisko

27.08.2016

Podobnie jak w „Twardym gnacie” znów dostajemy słodkie ciastko z gorzką pigułką w środku. Autorzy zadają nam pytania na temat naszej tożsamości, pamięci, wspomnień i tego jak nas one kształtują i jaki wpływ maja na nasze życie. Pakuła i Rysova pytają dokąd zmierza nasz świat? Czy potrafimy/ możemy jeszcze być szczęśliwi w rzeczywistości, w której żyjemy?

„Lordy” to tryptyk, którego inspiracją było trzech lordów – ojców-mentorów czy właściwiej może superbohaterów Mateusza Pakuły. Lord Kantor, to oczywiście sztuka inspirowana twórczością, a zwłaszcza ideą Teatru Śmierci, Tadeusza Kantora. Lord Milord – część poświęcona ojcu pakułowych językowych poszukiwań – Mironowi Białoszewskiemu. Z kolei w Lordzie Herlingu – duet autorów spektaklu mierzy się, ze wspomnieniami zarówno Herlinga-Grudzińskiego, jak i swoimi własnym – tożsamymi dla naszego pokolenia.

Wbrew pozorom i oczekiwaniom niektórych, „Lordy” to jednak nie przedstawienie o Kantorze, Białoszewskim i Herlingu-Grudzińskim. Mylił się ten, kto przyszedł do teatru z nastawieniem na spektakl pomnik/laurkę. Pakuła tylko wykorzystuje tych twórców jako swoistą muzę. Mierzy się z nimi i z ich paradygmatami. Zderza ich twórczość z postmodernistyczną rzeczywistością. W „Lordach” znajdziemy więc charakterystyczną dla dramatów Pakuły zabawę konwencjami i językiem, eklektyzm form i wszechobecną intertekstualność.

W części pierwszej Pakuła zabiera nas w kosmiczną podróż – misję razem z kapitanem Johnem 102 (Edward Janaszek) i komputerem pokładowym Miszel Komodore (Andrzej Plata) na planetę Melancholia. Aktorzy siedzą z przodu sceny recytując swoje kwestie, a z tyłu pojawiają się ich awatary w postaci: Sigmy z Matplanety – John 102, dmuchanej kuli (umierająca gwiazda) – Kosmiczny Karzełek i wielkiego kleszcza – Lorda Kantora, którego wspaniale animuje Zuzanna Skolias. Plażowa piłka – emotikona wiszącą niczym słońce nad całym planem, pokazuje nam jakie uczucia/stany emocjonalne powinniśmy w danym czasie odczuwać – tak na wszelki wypadek jakbyśmy zapomnieli. Tymczasem na planecie Ziemi panuje jakiś Armagedon. Zostali tam, już tylko ludzie-karzełki otrute smogiem, albo ludzie w garnitu¬rach i garsonkach, a w większych miastach grasują dzikie bobry i Godzille. W kosmosie, za to przebywają ludzie klony, którzy tak jak John uczą się wspomnień swoich poprzednich wcieleń- sposób na nieśmiertelność. John walczy z Lordem Kantorem, który niczym wielki kleszcz w takt „Marszu Imperialnego” z „Gwiezdnych wojen” wysysa ukradzione z dysków wspomnienia całej ludzkości.

Z jednej strony wspomnienia dają więc pewien rodzaj nieśmiertelności (wiecznie żywy w mej pamięci). Z dru¬giej strony Lord Kantor zdaje pytanie, czy to przypad¬kiem nie pamięć i wspomnienia używają nas do swoich celów? Muszą bowiem, by „istnieć* mieć ęoś/kogoś, kto je przetworzy i zachowa. W części drugiej, która jest nam zaserwowana w pos¬taci seansu kinowego, na warsztat został wzięty Miron Białoszewski. Ta filmowa część została zrealizowana przez Mateusza Wajdę. Aktorzy występują w niej w prawdziwym/czynnym basenie wraz ze swoimi dziećmi. Przekazywanie życia, życiodajność wody, rodzicielstwo, to słowa klucze do tego utworu.

Część trzecia -„Lord Herling’ zagrany jest w konwencji stand-upu pomieszanej nieco z musicalem. To część, w której wspomnienia Herlinga-Grudzińskiego przeplatają się z autobiograficznymi wątkami z życia Mateusza Pakuły. Wspomnienia autora dramatu, dorastającego na uroczym blokowisku Uroczysko, to wspomnienia uniwersalne dla większości pokolenia dzisiejszych 30-, 40-latków. Pakuła zgrabnie wplata w tą cześć dramatu klimat Denttown lat 90. Tworząc tym samym swoisty portret Kielc – miasta blokowisk, kamieniołomów i raperów.

Na uwagę zasługuje świetna muzyka w wykonaniu rodzeństwa Skoliasów wspomaganych przez Marcina Pakułę, oraz wprost genialna scenografia i kostiumy Justyny Elminowskej. Na scenie zobaczymy fragment niszczejącego odkrytego basenu. Jeszcze zanim rozpoczęło się przedstawienie moje skojarzenie było jedno – basen na stadionie Leśnym, symbol beztroskiego dzieciństwa, który istnieje już tylko na zdjęciach i we wspomnieniach.

To także dla mnie taki mały „ocenami wspomnień”, w którym można się w tychże wspomnieniach zanurzyć i taplać niczym żony Herlinga.

Podobno dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi, ale zapewniam, że do suchego basenu można. Ja na pewno skorzystam z tej opcji, bo „Lordy” sprawiły, że dawno się tak nie śmiałam. Dodatkowym bonusem jest fakt, że wychodzisz ze spektaklu z pieśnią na ustach (no może raczej jak w kIcońcu przystało na kielczan z rapem na ustach).

Agata Kulik : PROJEKTOR : 2015-03-01

Logo Biuletynu Informacji Publicznej