Przejdź do treści Przejdź do nawigacji

RECENZJE

Łukasz Drewniak teatralny.pl

27.08.2016

1.

Życie krytyka teatralnego składa się z nieustannych wyborów. Sytuacji granicznych, w których nie ma dobrego wyboru, a jednak wybrać trzeba.

Są takie dni, kiedy musisz zdecydować – spektakl w Bydgoszczy czy spektakl w Poznaniu. I jedziesz do Kielc. Koncert Gogol Bordello czy teatralne muzykowanie typu „Weronika Szczawińska unplugged”. Praca w festiwalowym jury w Gorzowie Wielkopolskim czy mecz Polska–Niemcy. Randka z Emmą Stone czy spektakl Krzysztofa Garbaczewskiego. Nie uwierzycie, ale zawsze, zawsze wygrywał w tych wyborach teatr. To właśnie z tego powodu Emma Stone ma po dziś dzień takie wielkie oczy. Oto moje trzy ostatnie wybory repertuarowe. Nawet nie pytajcie, z jakich przyjemności dla nich zrezygnowałem.

2.

Nie wiedziałem, że Pakuła jest z Kielc. Albo wiedziałem, ale nie pamiętałem. Gdyby ktoś kazał mi zgadywać, zmusił do określenia jego małej ojczyzny, sięgnąłbym po frazę z portali zakupowych: „Mateusz Pakuła. Lokalizacja: Internet”. Każde zdanie ze sztuk Pakuły odsyła nas przecież do jakiegoś ekranowego świata. Albo wprost do chmury. Jest pamięcią o tekstach, obrazach, dźwiękach, skojarzeniach. Sam autor przypomina Pciucha ze spektaklu Macieja Wojtyszki Bromba w sieci, jest bitowym surferem, robi memowe zamieszanie, jak zawsze gdy „postać fikcyjna znajdzie się w świecie wirtualnym”. Pakuła wlazł kiedyś do sieci, został w nią schwytany i nie zamierza się stamtąd nigdzie ruszać. A im dłużej tam jest, tym bardziej mówi i myśli po internetowemu. Taki z niego native speaker.

A jeśli nie Internet, to przynajmniej telewizja. Nie jakiś jeden kanał tematyczny (choć może Cartoon Network skrzyżowany z National Geographic byłby najbardziej prawdopodobnym miejscem urodzenia i dorastania dramatopisarza), ale furkoczący zlepek migawek, który zostaje nam w głowie po bardzo szybkim zippowaniu. Przeskakując między kanałami w górę i w dół, zawsze coś przecież tworzymy, nieświadomie montujemy kadry, tworzymy zaskakujące konteksty. Szukałbym też początków Pakuły na starych kasetach VHS. Nawet kiedy nie mamy już odtwarzacza VHS, ciągle trzymamy gdzieś te stare kasety zamiast wystrzelić je w śmieciowy kosmos. Po co? Jaka pamięć jest tam zapisana? Po co nam pamięć, której nie można odtworzyć? Jedna z szokujących tez kultowej pozycji filmowego horroru japońskiego The Ring brzmiała: „Każdy z nas ma przecież w domu takie kasety, na których nie wiadomo co jest”. Boimy się to potem oglądać. Bo co jeśli coś na tych taśmach żyło przez ten czas własnym życiem, a teraz aktywuje się po przypomnieniu, obejrzeniu zapomnianego materiału?

W Lordach Pakuły nie ma Kielc. Przynajmniej tych dzisiejszych. Jest miasto zwane z angielska Denttown, komiksowy kosmos i suchy basen. Pod spektaklem jako reżyserka podpisana jest stała współpracowniczka Pakuły – Eva Rysová, jednak tym razem kazała mu wziąć odpowiedzialność inscenizacyjną za pierwszą cześć trylogii (Lord Kantor). Sama zrobiła tekst o Gustawie Herlingu-Grudzińskim (Lord Herling), a nakręcony na miejskiej pływalni film dedykowany Mironowi Białoszewskiemu (Lord Milord) firmują wspólnie. Motywem przewodnim cyklu dramatycznego Pakuły jest pamięć. Miejsca, przeszłości, osoby, aktu kreacji. Co naprawdę pamiętamy? Jak selekcjonujemy wspomnienia? Jak zostaje zapamiętany i jak pamięta zwykły człowiek, a jak artysta? Czy można pamiętać cudze wspomnienia i do czego wolno ich używać? Pakuła i Rysová pytają: Gdzie się zaczyna artysta po śmierci? W jakim kosmosie gestów minionych? Z czego się teraz go układa i co z tej układanki wynika? W pierwszym akcie Pakuła zamiast analizować mechanizmy klisz pamięci w twórczości Tadeusza Kantora uruchamia konwencję parodystycznego science fiction. Jesteśmy na statku kosmicznym. Jego wnętrze przypomina jakąś przestrzeń zdegradowaną, wypełnioną czarną, sflaczałą materią. Na proscenium cztery mikrofony, przy których siedzą Dawid Żłobiński, Edward Janaszek, Andrzej Plata i Wojciech Niemczyk, i recytują tekst jak lektorzy partii dialogowych w zdubbingowanym zagranicznym filmie. Za ich plecami ożywają kosmiczne gadżety. Jakiś chłopak w kostiumie przybysza z Mat-Planety, czyli kapitan John 102, przemieszcza się z wysiłkiem po skraju basenu. Komputer Michel Komodore to zawieszony pod sufitem gigantyczny kulisty emotikon, wyłowiony z próżni kosmiczny karzełek wtoczy się na scenę w przeźroczystej kuli. I wreszcie zawyją dmuchawy i napompują materię na dnie basenu: powstanie z niej gigantyczny, wypełniający niemal całą scenę odwłok pająka, który będzie animowała aktorka w czarnym kostiumie (Zuzanna Skolias). To właśnie jest tytułowy Lord Kantor, znany także jako Imperator Zurg z Toy Story. W wizji Pakuły Kantor staje się kosmicznym potworem, uzurpatorem i szaleńcem dążącym do zawładnięcia całymi kosmicznymi zasobami wspomnień. Uwolni w ten sposób ludzkość od terroru pamięci, będzie wszystkimi i każdym z osobna: pamięć absolutna jako broń zagłady, pamięć całkowita jako boski atrybut. Na szczęście kosmiczny karzełek plunie plazmą na Lorda Kantora i czarny charakter rozpuści się, złorzecząc i bluźniąc. Tak, streszczenie utworu Pakuły brzmi naprawdę idiotycznie i infantylnie, prawdziwy Kantor nie nadaje się na bohatera cyberanimacji, nie umiałby zagrać żadnej roli w space opera. Tylko że autor chciał powiedzieć coś innego: nie interesował go Kantor jako taki, ale co wyniknie ze zderzenia strzępów wiedzy o nim i obrazów z określoną estetyką. Pamięć jest przetworzeniem. Degradacją.

Środkowa część spektaklu to projekcja filmowa nakręcona na basenie. Aktorzy z obsady mówią Pakułowe imitacje poezji Białoszewskiego. Obok nich w kadrze stoją po pas w wodzie, pluskają się, ciekawie zerkają w obiektyw kamery ich dzieci. Jakiż to jasny fragment, optymistyczny, pełen lingwistycznych przygód! Jest w nim tylko teraźniejszość. Słowa rodzą się z chwil, kropel i spojrzeń. Cała frajda życia, zabawy, odczuwania drugiej osoby. I tylko postać grana przez Joannę Kasperek nie otwiera ust, wierszopodobne frazy są podawane z offu głosem aktorki. Jakby ta bohaterka była głuchoniema, jakby mówiła sobie to tylko w głowie.

W odcinku o Herlingu-Grudzińskim sceniczny basen jest na powrót suchy. Wchodzi Andrzej Plata i zaczyna dziwny stand up. Gra Herlinga, który ma wspomnienia Mateusza Pakuły. Włazimy na dobre pół godziny do świata nastolatka z Kielc, przepraszam: z Denttown. Pierwsze fascynacje filmowe, przygody z kolegami, anegdotki i dziecięce iluminacje. To nie tak, że Pakuła się porównuje z Herlingiem, że chce go zastąpić, przysłonić. On raczej szuka czegoś wspólnego, jądra pamięci, doświadczenia. Rysová znów skleja wysokie z niskim. Cztery aktorki oznaczone w scenariuszu jako żony Herlinga miotają się cały czas po scenie w czymś w rodzaju suchego baletu wodnego, tańca synchronicznego bez muzyki. Przebrane w kostiumy kąpielowe są jak rydwan pamięci, który jeździ od Pakuły do Herlinga, dowozi obrazy, zdania, miejsca. Trzy (Zuzanna Skolias, Ewelina Gronowska, Dagna Dywicka) są wcieleniami jego pierwszej żony, Krystyny, malarki, zmarłej samobójczą śmiercią w Londynie w 1947 roku. Każda ma monolog, literacką solówkę, to zapożyczoną z prozy Herlinga, jak ta opowieść o malarzu Uccellu, to dopisaną przez Pakułę. Tylko czwarta (Joanna Kasperek) praktycznie milczy. Może dlatego, że jest Śmiercią. Niewypowiedzianym. Językiem, który milczy ze strachu przed sobą. Monologi żon, obserwowane i słuchane przez filuternego Herlinga, rozłożonego wygodnie na leżaku, pełnią funkcję medytacji o cierpieniu, samobójstwie, nicości. Jakby we wnętrzu groteski, tuż po stand upie, a przed częścią muzyczną, ktoś w tym szalonym, nieprzewidywalnym przedstawieniu zaczął mówić poważnie, lirycznie. W końcu wybucha muzyka. Skolias brawurowo śpiewa hit Beyonce, a potem przechodzi do finału, w którym cały zespół rapuje po polsku zwrotki Vocab, kawałka The Fugees. Teksty są improwizowane, zawsze zadawane przez reżyserkę tuż przed spektaklem. To nie powinno sklejać się z resztą spektaklu, a jednak się skleja. Na finał musi być piosenka. W cyrku Medrano śpiewa się z playbacku We Are the World, a dzieci biegają po arenie z zabawkowymi świetlówkami. Lordy w Kielcach kończą się, jak na cyrk kosmiczny przystało. Kosmicznym rapem. Wszystkie kosmiczne opowieści są wszak wypełnione marzeniami o jedności i pytają, czy można być szczęśliwym. Ludzka pamięć niestety nie przynosi na to jednoznacznej odpowiedzi.

(…)

Łukasz Drewniak : teatralny.pl : 2015-04-22

Link do źródła: http://teatralny.pl/opinie/kolonotatnik-52-akcja-zawsze-wybieram-teatr,1041.html

Logo Biuletynu Informacji Publicznej