Przejdź do treści Przejdź do nawigacji

RECENZJE

Na żydowskich grobach nie kładzie się kwiatów

04.06.2018

Pogrom kielecki to napaść na ludność żydowską, która miała miejsce 4 lipca 1946 roku. Masowego mordu dokonali mieszkańcy oraz żołnierze Ludowego Wojska Polskiego, Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej. W wyniku kieleckiej rzezi zginęło 40 osób, w tym 37 Żydów i 3 Polaków, a 35 osób zostało rannych.

Pogrom Kielecki to również punkt wyjścia dla Remigiusza Brzyka, reżysera spektaklu „1946” z Teatru Żeromskiego w Kielcach. Brzyk wraz z dramaturgiem Tomaszem Śpiewakiem sięgnęli do historii lokalnej i stworzyli coś na kształt spektaklu teatralnego połączonego z esejem historyczno-socjologicznym. Autorzy podjęli się tematu pamięci zbiorowej i indywidualnej. Polska pamięć o holocauście, o pogromach przez lata poddawana była wielu manipulacjom. Przekształcały ją rządy, historycy, przekształcali też mieszkańcy miasteczek, którzy często byli naocznymi świadkami wydarzeń.

Dramaturg przyznał, że inspirował się diagnozami Joanny Tokarskiej-Bakir, autorki „Społecznego portretu pogromu kieleckiego”, książki poświęconej fazom wymazywania i odzyskiwania zbiorowego wyobrażenia o pogromie. Jak sama przyznaje to „archipelag swobodnie pływających anachronicznych wysp pamięci, w których mieszają się elementy wyparcia”.

Topografia budynku / Topografia pamięci

Właśnie takie „wyspy” budują przed nami aktorzy. Na scenie przenikają się różne perspektywy i momenty przed i po tragedii. Obserwujemy obraz pogromu, szpitalnej identyfikacji ofiar. Poznajemy historię Żydów przygotowujących się do wyjazdu do Palestyny, którzy w przeddzień masakry uczą się w kibucu hebrajskiego i podstaw ogrodnictwa, które ma się im przydać, gdy dotrą już na miejsce. Niektóre sceny wydają się być niepotrzebne, zbyteczne, lecz ostatecznie okazuje się, że łączą się ze sobą i tworzą spójną całość.

Podczas jednej z ostatnich scen przenosimy się też głębiej w przeszłość, bo początek polskiego antysemityzmu sięga znacznie wcześniej. Słyszymy nagranie „Żywotów świętych” ks. Piotra Skargi z 1577 r. Szczegółowy opis męczeństwa chrześcijańskiego dziecka, które pada ofiarą „złych” Żydów: „(…)Tymczasem nocną porą zanieśli żydzi ofiarę swą do Bożnicy. Tam zewlókł Samuel z chłopca szatki, zawiązał mu usteczka chustką, kazał innym trzymać rączki i nóżki, sam zaś dobywszy nad szeroką miską noża, przekłuł gardło dziecka; potem wziął nożyczki, wykroił z twarzy część mięsa, położył na misę i podał nożyce innym żydom, aby każdy z kolei uczynił tak samo.”   W spektaklu pojawia się też temat duchowych i polskich biskupów,  którzy mogli rozładować napiętą sytuację społeczną. Czy to możliwe, że podziały religijne doprowadziły do tragedii? Na scenie pojawia się Papież, otoczony przysłaniającą go grupą, milczy.

Co ciekawe lektorem wspomnianego opisu jest Krzysztof Kowalewski – którego matka, Elżbieta Pelagia Kowalewska, z domu Herszaft, po pogromie kieleckim uciekła do Warszawy – historia aktorki również została wykorzystana w spektaklu.

Już na początku spektaklu przenosimy się do Kielc. Grupa polskich turystów zwiedza kamienicę przy ul. Planty 7/9, w której w 1946 roku doszło do masakry ludności żydowskiej. Kamienicę, która jest, a jednak jej nie ma. Izba pamięci, która ma pielęgnować pamięć o tych, których nie ma. Na scenie widzimy wielką konstrukcję, zbudowaną z metalowych rur, przypominających te, których użyto  do dokonania mordu podczas pogromu.

Przewodnik (Dawid Żłobiński), sam zagubiony w budynku, opowiada o poszczególnych pomieszczeniach, krwi na ścianach, powojennych losach kamienicy i polskim dozorcy, który podczas pogromu próbował zatrzymać ludzi krzyżem i krzyczał do Żydów, że Pan Jezus ich ocali. Nie ocalił.

Pamięć o kieleckim pogromie jest trudna. Ani ten, ani inne ataki Polaków na Żydów, jak na przykład ten w Jedwabnem, nie są chlubnym fragmentem historii.                                 Po siedemdziesięciu dwóch latach wciąż trudno przeprowadzić nam taką dyskusję bez emocji i wzajemnych oskarżeń. Przecież My nie mordowaliśmy. MY ratowaliśmy, za wszelką cenę. Mamy Irenę Sendlerową i Apolonię Machczyńską. Mordowali Niemcy, Naziści, Rosjanie, nie MY. Wsród tych bohaterek i drzew innych Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, znajdziemy też szmalcowników i sąsiadów-morderców. Spektakl „1946” udowadnia, że tego rodzaju wydarzenia wymykają się racjonalnym wyjaśnieniom. Są przyczyną emocji, nieporozumień i strachu.

Marek Edelman jeden z przywódców powstania w Getcie Żydowskim udał się do Kielc zaraz po pogromie. W rozmowie z Joanną Szczęsną wspominał:

„A jak w ogóle można negować te fakty? Wszystko, o czym pisze Gross, to przecież  prawda. Byłem z moim przyjacielem Antkiem Cukiermanem w Kielcach następnego dnia po pogromie. Jechaliśmy zorganizowanym przez wojsko pociągiem z kuchnią polową i lekarstwami dla ofiar. Po drodze widziałem, co się dzieje na stacjach. Na każdej niemal leżały trzy, cztery ciała przykryte gazetami. To byli Żydzi zamordowani w tzw. akcji wagonowej. W Centralnym Komitecie Żydowskim było zarejestrowanych 1300 czy 1500 takich przypadków. A ilu nie zarejestrowano? Zatrzymywanie pociągów, wyciąganie i zabijanie Żydów to była wtedy powszechna rzecz. Kiedy dojechaliśmy do Kielc, na ulicach wiatr unosił gęsty gęsi puch, czuć było odór spalenizny. Typowe ślady pogromu, jak z opowiadań Babla.”

Temat pamięci powraca wielokrotnie w kolejnych scenach. W jednej z nich dwaj aktorzy: Edward Janaszek i Janusz Głogowski. wspominają spektakl „Spotkamy się w Jerozolimie”, który dwadzieścia jeden lat temu został zrealizowany na deskach tego samego teatru. Mówią o wczuwaniu się w psychikę zabójcy, o tym, ile trwało mordowanie, w jaki sposób ich postacie przeszukiwały mieszkanie i co zrobili ze znalezioną w szafie kobietą. W spektaklu cała uwaga skupiona zostaje na ofiarach, to ich postacie czy losy są przedstawiane. Zastanawiają się kim są. Bo kim byli Żydzi, którzy przetrwali Shoah? Nie byli przecież Polakami, nikt ich tu nie chciał. Byli Żydami? Ale kim był Żyd po wojnie? Niedobitkiem? Dokąd mieli iść?

Budowanie własnej tożsamości na strachu i śmierci nie jest możliwe. Wymazanie tych ludzi z topografii miasta również. W miejscu salonów sukni ślubnych, piekarni stały kiedyś żydowskie domy, sklepy i apteki. W piątki miasto zamierało z powodu rozpoczęcia szabatu. Czy dziś ktoś chce o tym pamiętać, czy to niewygodne wspomnienia?

„Kwiaty są dla żywych, kamienie dla zmarłych”

Następnie obserwujemy próbę odtworzenia masowej psychozy, która opanowała miasto latem 1946 roku. Słyszymy monolog matki, która nawołuje do bicia żydów za zamordowane polskie dzieci. Tłum wpada w szał. Mała grupa zamienia się w wielką bandę. Na pytanie „kto to zrobił?” Dostajemy odpowiedź „kto mógł, to tłukł”. Przez widownię, na prośbę aktorów, wędrują realistyczne szczeble od żeliwnych kaloryferów – podobne do tych , których używano w czasie pogromu do mordowania ludzi. Dzięki temu każdy obecny na widowni przykłada swoją rękę do teatralnego mordu.

Ofiary pogromu pochowano w masowym grobie. Na zdjęciach, dokumentujących to wydarzenie, widzimy tłum ludzi z białymi kwiatami. Biel to symbol niewinności, albo w tym wypadku umywania rąk od odpowiedzialności za wielką tragedię. Zastanawia tylko jedno. Na żydowskich grobach, nie kładzie się kwiatów. Czy ten rytuał to prawdziwe pożegnanie czy oprawa kurtyny milczenia, która na pokolenia pokryła miasto i mieszkańców.

Spektakl  jest próbą opowiedzenia o roku 2018, od rozważań, jak mowa nienawiści działa dziś po marsze narodowców. Użyte, w ostatnich scenach postaci żywych trupów, przypominające te z popularnego serialu – „The Walking Dead” mogą być odzwierciedleniem postaw społecznych wobec holokaustu i prawdy. Zjawy są napędzane popkulturową wyidealizowaną wizją dawnej wspólnoty, mitologią prawdy. Trupy wychodzą z grobu i wkraczają do naszego świata, bo kiedyś nie zostały godnie pożegnane. Nie możemy już dłużej ich ukrywać, bo to  nasze ofiary.  Spektakl kończy się w momencie rozdania wiersza teścia prezydenta Andrzeja Dudy – Juliana Kornhausera. W ostatniej strofie czytamy „Bóg Polaków zamknięty w obozie, w baraku/ drży, gdy dzielni chłopcy z orzełkami na czapkach/ dobijają dziewczynki żydowskie, rurkami, na odlew”). Kto ma prawo do pamięci o holocauście? Bojówki nacjonalistyczne, środowiska lewicowe? Prawda i pamięć wzajemnie zacierały się przez lata. Trudno dziś rozstrzygać, szczególnie gdy nie chcemy tego robić. Czy odbieramy w ten sposób jakąś lekcje?

Dziś żydowskie cmentarze stoją opuszczone. Czas powoli wymazuje pamięć o żydowskich sąsiadach i tym, że przed wojną stanowili znaczną część polskiego społeczeństwa. Wydarzenia sprzed siedemdziesięciu lat powinny być dla nas przede wszystkim przestrogą. A wzajemna nienawiść w społeczeństwie jest oznaką jego słabości. Antysemickie teksty „Żydzi do gazu” wykrzykiwane przez kibiców Legii w obecności większości warszawskiej policji, nie powinny dłużej być tolerowane, bo być może wszyscy  siedzimy już na karuzeli nienawiści, którą trudno będzie zatrzymać. A słowa zamienią się ponownie w czyny. Warto też zastanowić się nad tym jak poradzić sobie z przeszłością, która nie chce odejść w zapomnienie?

Mania Wojciechowska

Logo Biuletynu Informacji Publicznej