Przejdź do treści Przejdź do nawigacji

RECENZJE

Nagość i polityka

26.08.2016

Wiele sobie obiecywałem po tym spektaklu pamiętając wcześniejszą sztukę duetu Janiczak/Rubin w kieleckim teatrze wystawioną na początku ubiegłego sezonu. „Joanna Szalona; Królowa” to jeden z lepszych spektakli ostatnich lat w Kielcach, w każdym razie pozostający w pamięci. Do dziś mam przed oczyma Agnieszkę Kwietniewską grającą tytułową rolę i pamiętam to wrażenie ciężkiej wiwisekcji żywego społecznego organizmu, naszych dzisiejszych relacji, głównie rodzinnych, ubranych w wyciągnięty z ostatniego kąta lamusa jakiś historyczny kostium. W „Carycy Katarzynie” mamy tego ciąg dalszy, choć pojęcie historycznego kostiumu zyskuje tu znaczenie dosłowne, a rodzinne relacje z pierwszej ze sztuk autorka postawiła szczebel wyżej paradoksalnie pozostając tylko w kręgu pojęć władzy, zdobywania władzy i jej utrzymywania, co w „Joannie” stanowiło jedynie tło dramatu. Innymi słowy historia, która w „Joannie Szalonej; Królowej” była swoistym punktem wyjścia, tu niestety stała się tematem dramatu. Niestety, gdyż pierwsza ze sztuk była czymś nowym, odkrywczym i uniwersalnym, wczorajsza prapremiera okazała się wobec niej regresem, jedynie kolejną dramatyczną interpretacją postaci znanej w literaturze, bo barwnej i niejednoznacznej.

Obiecywałem sobie (znając wcześniejsze zapowiedzi twórców), że historyczna Katarzyna II jako punt wyjścia będzie głosem tym razem o naszych relacjach nie tyle rodzinnych, ile szerzej, społecznych i była, ale już nie tak mocno i przerażająco jak w pierwszym z dramatów. Gdzieś to wszystko się rozmyło, pozostała naga Katarzyna nie bardzo wiadomo czy jako ofiara, czy jako despotka, czy jako pozbawiona swego ciała, czy nim władająca.

Nagość jest wyraźnie podsuwanym widzom kluczem interpretacyjnym. Nad sceną wiszą XVIII-wieczne kostiumy, na scenie aktorzy występują w bieliźnie lub chwilami całkiem nago. Tytułowa bohaterka albo całkiem nago, albo topless w szarych, spranych, niemających nic wspólnego z elegancką bielizną majtkach. To bodajże w książce „Erotyzm” profesor Kazimierz Imieliński pisał, że całkowicie nagie ciało o wiele mniej podnieca, niż delikatnie okryte. Ciało aktorki nie jest delikatnie okryte, jest przedmiotem, w jednej ze scen, owszem, piersi zasłonięte ma makietą kieleckiej sceny, ale gdy odsuwa miniaturową kurtynę w otworach kulisy znów stają się one nagie, co więcej aktorka zachęca widzów z pierwszych rzędów by po jej piersi sięgnęli, co niektórzy czynią, jakby teatr był miejscem, w którym dotyka się nagości. W metaforycznym sensie tak, ale przecież nie dosłownie.

Ten kostium utkany z szarych majtek i nagości czyni Katarzynę bardziej jednak ofiarą, tak też gra swoją rolę Marta Ścisłowicz, nawet gdy w ostatniej scenie zakłada wreszcie kostium, który równie dobrze jest z epoki jak i współczesną suknią ślubną i gdy na wideoprojekcji razem z Alicją w Krainie Czarów (Dagną Dywicką) niczym w kiczowatej pamiątce weselnej daje się filmować jak panna młoda z druhną w scenerii Kielc, dalej jest właśnie ofiarą tym razem tandetnej mody. Aktorka stworzyła bolesną poruszającą postać, ale w konfrontacji z rolą Joanny Agnieszki Kwietniewskiej sequel nie powtórzył mocy oryginału.

W „Carycy” podobnie jak w „Joannie” tak na dobrą sprawę wszystkie postaci dramatu są tragiczne, są ofiarami, tyle że we wczorajszej prapremierze obok dramatów osobistych autorka wprowadziła pojęcia zarezerwowane dotąd dla naszego polskiego sztafażu patriotycznego i ojczyźnianego. Kontekst historyczny tytułowej postaci jak najbardziej to uprawomocnia i po nim właśnie spodziewałem się najwięcej, niestety zabrzmiało to raczej blado i nieprzekonująco. Bez wątpienia doskonały jest końcowy monolog Stanisława Augusta Poniatowskiego z deklaracją króla, że nie wyciągnie dziś szabli, nawet plastikowej, nawet scyzoryka w obronie ojczyzny i z pytaniem do widzów, czy wy wyciągniecie? Wcześniej pojawiają się w spektaklu nowe definicja narodu, państwa i wspólnoty i one też są doskonałe, bo do bólu oddające to, jak skutecznie udało nam się je dzisiaj podeptać i zdyskredytować. Dlaczego król z dramatu Janiczak nie wyciągnie scyzoryka rzecz jasna nie wiemy, bo to pytanie do nas, a nie do króla.

Bez wątpienia Tomasz Nosinski w roli Stanisława Augusta Poniatowskiego prowokuje widzów najbardziej, w najlepszym tego słowa znaczeniu, aktor stworzył w tym spektaklu doskonałą rolę a jego monolog wymaga bezwzględnie odpowiedzi.

Sztuka Jolanty Janiczak drażni, denerwuje, sprawia wrażenie chaotycznej, mnóstwo w niej tajemniczych znaków jak spadające znad sceny kępy włosów i ruskie przemytnicze torby z trupami, wreszcie tumany zeschniętych pełnych pyłu liści walające się po scenie. Trzeba tę sztukę w sobie przemyśleć, boję się tylko, że niektórzy już zobaczyli w niej aprobatę dla odrzucenia patriotyzmu. Kilka dni temu jeden z polskich polityków kolejny raz nazwał autorytarnie siebie i swoich zwolenników „obozem patriotycznym”, a może król Poniatowski z dramatu Janiczak pytając o gotowość poświęceń dla ojczyzny pyta nas jedynie o utożsamianie się z którąś z jej definicji. Czy musimy, czy chcemy wyciągać miecz w obronie ojczyzny definiowanej przez polityka przegrywającego notabene od dłuższego czasu w demokratycznych wyborach? Albo czy musimy, czy chcemy wyciągać miecz w obronie ojczyzny definiowanej jako część wspólnego europejskiego organizmu z wszystkimi jego wadami i symptomami gnicia, których, znów notabene, w dramacie Jolanty Janiczak nie brakuje? No właśnie. Tę sztukę trzeba w sobie przemyśleć.

Ryszard Koziej : RADIO KIELCE : 2013-04-14

Logo Biuletynu Informacji Publicznej