Przejdź do treści Przejdź do nawigacji

RECENZJE

Nienasycenie

27.08.2016

Radykalny spektakl Radosława Rychcika otwiera nowy teatr na hałas, mrok i muzyczną wściekłość. Nikt z młodych reżyserów póki co nie poszedł dalej, nie ugryzł widza mocniej.

5 oczek

Teatr im. Żeromskiego w Kielcach „Samotność pól bawełnianych” Bernarda-Marie Koltesa, reżyseria: Radosław Rychcik, oprawa wizualna: Marta Stoces, oprawa muzyczna: Natural Born Chillers

O tym, że reżyser Rychcik lubi chodzić nieprzetartymi scenicznymi ścieżkami wiadomo było co najmniej od jego debiutanckiego „Versusa”, w którym przeczytał Brechta przez Barthesa i zasady wrestlingowego pojedynku. Rychcik myśli o teatrze w sposób absolutnie zmysłowy, cielesny i ruchowy. Wszystko co ważne jest wyrwane z ciała aktora, rodzi się z jego udręki fizycznej, przekraczania wstydu, z nienasycenia. Ogłusza widza nagością, oślepia słowem, onieśmiela przeczuciem tego, co jeszcze można pokazać i doświadczyć podczas spektaklu. Podminowany erotyką, ale zaskorupiony poetyckim chłodem dramat Koltesa trafił w jakiś czuły, newralgiczny punkt reżysera. Rychcik wyrzucił do kosza powierzchowną gejowską elegancję francuskiego autora, to jego tkliwe trzymanie bohaterów na cielesny dystans. Zstąpił do ukrytego piekła tekstu i znalazł mrok, brud i śmierć.
To nie jest spektakl, to jest koncert. Opisana przez Koltesa transakcja – ciał? dusz? narkotyków? słów? przybiera tu formę wściekłego, bezkompromisowego muzycznego pojedynku dwóch charyzmatycznych aktorów-wokalistów, wystylizowanych na gwiazdy rocka z początku lat osiemdziesiątych. Wojciech Niemczyk (Dealer) i Tomasz Nosiński (Klient) noszą czarne garnitury, wąskie krawaty i białe koszule. Oszałamia wystudiowana choreografia ich gestów i grymasów. Zapamiętałość w kopiowaniu zachowania muzycznych idoli sprzed lat, kiedy jeszcze muzyka była grą na śmierć i życie, nieustającą orgią seksualnej i narkotykowej destrukcji. I jest tak jakby u Rychcika walczyli ze sobą na melorecytacje i wokalizy Nick Cave z okresu The Birthday Party z Peterem Murphym z Bauhausu. A może Robert Smith z The Cure z Ianem Curtisem z Joy Division. Każdy kolejny song miażdzy swego poprzednika. Reżyser rozpisuje kwestie Dealera i Klienta na kilkanaście długich, pulsujących utworów. Muzycy z Natural Born Chillers nie napisali zwykłej oprawy muzycznej do spektaklu, oni zrobili z „Samotności” rock operę. Monologi aktorów są wprzężone w dźwięki, muzyka podąża za nimi, zagłusza je czasem i przytłacza, ale nie gubi sensów. Słowa zostają wyrzygane do mikrofonów, nie ma zrywania masek – jest nakładanie kolejnych. W świecie Rychcika nikt nikomu nic nie chce sprzedać, to gra o wszystko, o to jak dalece można się podporządkować drugiemu człowiekowi. Porwany transową monotonią cold wave, podrasowaną muzycznymi trickami z Doorsów i Bowiego zastanawiałem się gdzie zostaje odegrana ta muzyczna podróż do kresu nocy.  Pamiętacie klub „Odbytnica” z przerażającego francuskiego filmu „Nieodwracalne”, gejowskie inferno, do którego wchodzi żądny odwetu na niejakim Soliterze mąż zgwałconej i pobitej na śmierć bohaterki? Dealer i Klient grają i śpiewają właśnie tam. Z całą świadomością, że po swoim występie rozochocony tłum wyrzutków zrobi z nich „jesień średniowiecza”. Czuć, że Rychcik przekracza Koltesa, znajduje w nim cień Geneta, gwałci go dźwiękami i obrazami. Nie ma koltesowych metafor, muzyka daje konkret, materializuje agresję, pożądanie, złość i bezradność. Gdzieś po półgodzinie aktorzy milkną, odwracają się plecami do widzów. Cały czas gra muzyka. Na ekranie pojawia się projekcja: podprogowe obrazy z gejowskich i sadomasochistycznych pornoli. Wszystko, czego nie chcielibyście zobaczyć. Dwóch młodych aktorów ciężko oddycha, dopiero co nagi Nosiński zakłada garnitur, doprowadzony do ostateczności, zbity i spięty Niemczyk nie patrzy mu w oczy. Coś przekroczyli, coś się zdarzyło na tej scenie. Koncert wymknął się spod kontroli, muzyka obudziła w ludziach bestie, które już nie zasną.

Łukasz Drewniak, Dziennik Gazeta Prawna

Logo Biuletynu Informacji Publicznej