Przejdź do treści Przejdź do nawigacji

RECENZJE

Poczciwy Markizie… Molier powrócił

29.03.2018

Po pierwsze reżyserka nie kłamała, mówiąc iż będzie chciała zaskoczyć widzów. To co można zobaczyć na deskach kieleckiego teatru, to przekucie myśli w czyn.

Pierwsze co odbiorca widzi na scenie to nietypowa scenografia i trochę, jakby się mogło wydawać, kostiumy dobrane do postaci bez żadnego klucza, przypadkowo i od niechcenia. Niczym w myśl zasady – co pierwsze wpadło do ręki w garderobie, w to aktor się ubrał. Ten fakt potęguje zestawienie ze sobą dwóch pierwszych scen. Pierwsza to przywitanie widowni przez Moliera (Edward Janaszek), który ubrany w charakterystyczny strój z epoki wita i zaprasza na spektakl gości teatru. Po chwili, zdejmuje z siebie swoje okrycie, pod którym ma współczesną odzież a jego peruka zamienia się nagle w czapkę. Po czym kurtyna się rozsuwa i jest jeszcze ciekawiej… Służba to ochrona z wielkim napisem security na plecach. Matka głównego bohatera – Pani Pernelle (Beata Wojciechowska), jest kobietą w ogromnej, piętrowej peruce i koszuli nocnej, do tego, bohaterka porusza się z „mobilnym” chodzikiem. Natomiast Mariannę (Justyna Janowska) wystylizowano na harcereczką w plisowanej spódniczce z uroczymi kucykami i kolorowymi spineczkami w kształcie kokardek. I wtedy ktoś może zapytać, to tak ma wyglądać ta klasyka? Odpowiedź jest tylko jedna, tak. Wszystko co dzieje się na scenie jest dokładnie przemyślane. Nie ma tam żadnej przypadkowości, co nie tylko widać ale też słychać. Zacznijmy więc od wspomnianych kostiumów, każdy element jest wyostrzeniem postaci, podkreśleniem jej funkcji w całej historii. Strój jaki otrzymują postaci jest niczym los w antycznej tragedii, nikt się przed nim nie uchroni. Antycznym elementem jest również wprowadzenie na scenie młodych dziewcząt, których udział w spektaklu nawiązuje do chóru pełniącego rolę moralisty i komentatora rzeczywistości. Pojawiają się na scenie z instrumentami i towarzyszą przede wszystkim Mariannie. Ubrane są również tak samo jak córka Orgona i zdają się być podbiciem jej dziecięcych cech, takich jak naiwność i ciekawość.

Kolejnym, zaskakującym elementem „Świętoszka” jest scenografia stworzona przez Natalię Kitamikado. Składa się ona z mnóstwa elementów i konstrukcji, które jak się okazuje nadają głębi scenie, co na pierwszy rzut oka zdaje się być niemożliwe. To co widać to czysty eklektyzm, widz może się poczuć jakby był w starym zakurzonym magazynie – składowisku, którego nikt nigdy nie zamierzał posprzątać. W pewnych momentach całość przytłacza, momentami można poczuć nawet kurz który zebrał się po wielu latach. Widać to szczególnie na ołtarzu, gdzie swoje błagania składają bohaterzy spektaklu. Znalazł się tam telewizor, poroże, maskotki pluszowe, obraz Jana Pawła II i litr czystej wódki, popijanej przez co poniektóre postaci „Świętoszka”. Wszystko zmienia się w drugim akcie, kiedy to na scenie zostaje jedynie ogrodzenie z metalowej siatki i piętrowa konstrukcja dzieląca część sceny na parter i pierwsze piętro gdzie umieszczony jest pokój Tartuffe’a (Wojciech Niemczyk). Obsada była złożona zarówno z aktorów Teatru im. Stefana Żeromskiego jak i studentów Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie. Niekiedy między partnerującymi sobie aktorami, widać było sporą różnicę wieku, jak w przypadku Orgona granego przez Jacka Mąkę i Justyny Janowskiej wcielającej się w rolę Marianny. Mimo to na scenie widać było dobre partnerowania i współpracę, a nie relację – doświadczony aktor, daje rady młodej studentce. Zresztą wspomniany duet był jednym z tych, które zapadną w pamięci na długo. Ciężko w tym spektaklu wyróżnić jednego aktora, przede wszystkim dlatego że każdy z nich był jego integralną częścią. Każda postać otrzymała taki sam priorytet ważności dla tego przedstawienia, a mimo to, jednocześnie były one świetnym tłem dla Tartuffe’a, i odwrotnie. To również zasługa reżyser Ewy Rucińskiej, która tym spektaklem pokazała iż umie pracować z aktorami. Patrząc na „Świętoszka” w jej interpretacji widz jest szczęśliwy i pełen nadziei, ponieważ zdaje sobie sprawę, że w świecie teatru są osoby, które posiadają wolny umysł. Osoby, które umieją się odciąć od wpływów rzeczywistości i nie lecieć głową w dół, w przepaść zwaną nadinterpretacją.

„Świętoszek” to przede wszystkim zabawny spektakl, w którym został uwypuklony pełna różnorodność zachowań i cech. Obraz bohaterów został wyostrzony z całą świadomością i premedytacją. Są oni niczym nowe skalpele w rękach sprawnego chirurga – Moliera, który stoi na równi pochyłej bawiąc się z widzami… to ich strasząc, to bawiąc, to wprowadzając w zdumienie. Sztuka została napisana w XVII wieku, ale jak widać jest nadal aktualna. Podkreśleniem tego jest zakończenie w którym Orgon nie zostaje wyswobodzony przez carskiego oficera, lecz skazany w myśl litery prawa. To obnaża absurd rzeczywistości w całości.

Czy sukces spektaklu, to tylko fakt iż bohaterowie zostali odarci ze strojów z epoki? Nie. Czy dlatego że aktorzy dobrze zagrali? To oczywiste. Lecz na sukces składa się także wybór dobrego tłumaczenia tekstu, ruch sceniczny i mnóstwo innych elementów. Jednak jest jeszcze coś… intuicja, której Ewa Rucińska ma zdecydowanie duże pokłady a do tego umie z niej korzystać. Jest ona niczym linoskoczek, który idąc po linie nieco irytuje, oszałamia i wprowadza w trans obserwujących ją ludzi z których jedni czekają na jej potknięcie a drudzy mocno kibicują. I może się wydawać że przemierzanie tej liny, to tylko młodzieńczy bunt i chwilowa odwaga ale to nie prawda, to kroki stawiane nad wyraz przemyślanie.

Katarzyna Prędotka, Radio Kielce

link do źródła: http://www.radio.kielce.pl/post-67519

Logo Biuletynu Informacji Publicznej