Przejdź do treści Przejdź do nawigacji

RECENZJE

Prawda was (nie) wyzwoli

04.06.2019

Czy jest coś lepszego od mówienia prawdy? Jaka jest cena ujawniania kłamstw? Wystawiona w teatrze Żeromskiego sztuka Ibsena „Dzika kaczka” kolejny raz każe zastanowić się nad tymi pytaniami. Kolejny, bo przecież te same pytania, niesprowokowane teatralnym dramatem, stawiamy sobie w realnym życiu.

Punktem wyjścia snutej na scenie opowieści jest powrót do domu po kilkunastu latach nieobecności syna bogatego kupca, Gregersa Werle. To on owładnięty wręcz maniakalną potrzebą mówienia i czynienia prawdy sieje wokół zamęt i zniszczenie. Wszystko w imię wyzwolenia z kłamstwa, które jest jak trucizna. Radykalna terapia ma pomóc przyjacielowi z młodzieńczych lat zbudować nowy, szczęśliwy, oparty na uczciwych podstawach związek.

Motywy postępowania Gregersa nie są tak czyste, jak można by się spodziewać. Kieruje nim poczucie krzywdy i chęć zemsty na ojcu, który wykorzystywał i poniżał nieżyjącą już żonę, opresyjnie traktował syna, który jak można domniemywać uciekł z tego domu. Co ciekawe, szokowa terapia powiedzenia ojcu prawdy nie sprawiła odrodzenia więzi między mężczyznami. Niezrażony faktem, że jego teoria nie sprawdza się Gregers kontynuuje misję. Uzmysławia przyjacielowi, Hjalmarowi, że wszystko co ma: pracę i żonę, zawdzięcza jego ojcu. Że ta troska to zadośćuczynienie, za krzywdę jaką przed laty Werle wyrządził ojcu Hjalmara i za romans z Giną, żoną Hjalmara. Sugeruje, że ukochana córka Hedvig, jest córką starego Werle. Więcej – uświadamia wszystkim, że przyjaciel, niegdyś niezwykle zdolny, dzisiaj jest melancholijnym marzycielem, który całymi dniami leży myśląc o nieokreślonym wynalazku a na życie, prowadząc zakład fotograficzny, zarabia żona.

To nie koniec domowej apokalipsy, w finale samobójstwo popełnia odtrącona przez ojca Hedvig, której jedyną winą jest kiepski wzrok.

Kiepskie oczy ma także stary Werle, ale słabo widzą, czy też nie chcą widzieć, wszyscy wokół. Przyzwyczajeni, że jest jak jest, pogodzeni z losem tkwią w, jak to określa Gregers, toksycznym bagnie.

Ibsen nie tyle odpowiada, co stawia pytanie: co jest bardziej niebezpieczne: kroczenie za marzeniem, nawet utopijnym ideałem czy tkwienie w maraźmie i milcząca zgoda na nieprawości? Co jest lepsze: prawda czy kłamstwo? Odpowiedzi każdy udzieli sobie sam a tekst Ibsena, pełen symboli i niedopowiedzeń, wieloznaczności jest do tego jedynie pretekstem. Podobnie jak sceniczna adaptacja Franciszka Szumińskiego, który bardzo umiejętnie pokazuje umowność sytuacji. Nie umieszcza jej nigdzie konkretnie, nie dba o realistyczne przedstawienie faktów – ciekawym zabiegiem jest obecność na scenie aktorów, którzy zgodnie z akcją powinni się dopiero za jakiś czas na niej pojawić. Są jednak milczącymi świadkami zdradzanych tajemnic, co dodatkowo podkreśla, że tak naprawdę wiedzieli o nich, ale nie dopuszczali ich do świadomości.

Akcja toczy się powoli, pozwalając widzowi zanurzyć w ten alternatywny świat, pełno jest w niej pauz, wybrzmiewającej ciszy. Taki tok narracji wymaga od widza cierpliwości i czasu – spektakl trwa bez mała 3 godziny. Są to godziny pełne emocji a zasługa to aktorów: wzruszającego Dawida Żłobińskiego w roli Hjalmara. Stworzył on postać mężczyzny, który nie radzi sobie w realnym świecie, wrażliwy, pełen ideałów przymyka oczy na to, co niewygodne, pozwalając by rzeczy działy się. Kiedy poznaje ich prawdziwą naturę działa histerycznie, nadal chce być ideowym chłopcem, ale będzie musiał twardo stanąć na ziemi.

Urszula Grabowska grająca jego żonę, Ginę, bardzo oszczędnymi środkami wyrazu, bardziej gestem i milczeniem niż słowami stworzyła przejmującą postać kobiety, która z godnością przyjmuje swój los. Vanessa Gazda w roli Hedvig ujmowała niewinnością, świetny był Artur Słaboń w roli zachowawczego, ale jakże sympatycznego doktora Rellinga – dobitnie wygłaszał swe kwestie emanując siłą i przekonaniem.

Najsłabsze wrażenie robił Marcin Kowalczyk w roli Gregersa Werle – usztywniony, raczej wygłaszał swe kwestie niż rozmawiał. Być może był to zamysł reżysera wzmacniającego przekaz człowieka, który nie liczy się z nikim a na końcu, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku zabiera płaszcz i wychodzi.

Wrażenie jak „Dzika kaczka” wywiera na widzu to także zasługa scenografii Barbary Ferlak. Stworzyła ona ascetyczne, monochromatyczne wnętrze, z potężnymi metalowymi drzwiami symbolizującymi przejście do innego świata. W tym umownym atelier ogromną rolę odgrywa, sterując naszymi emocjami, światło. I nawet gdybyście nie chcieli rozważać moralnych dylematów, zastanawiać się czy prawda wyzwala, warto przyjść i zobaczyć te niezwykłe efekty.

Lidia Cichocka, „Echo Dnia”

Logo Biuletynu Informacji Publicznej