Przejdź do treści Przejdź do nawigacji

RECENZJE

Premiera „Carycy Katarzyny” w kieleckim teatrze. Z pewnością podzieli widzów

26.08.2016

Jeszcze przed premierą reżyser Wiktor Rubin zapowiadał, że wyrzuci postaci z XVIII-wiecznych kostiumów. Te wisiały nad sceną, a bohaterowie wpadli…wprost do kloaki. Bo jak inaczej nazwać świat, w którym rządzi momentami obsceniczna fizjonomia i pozbawione uczuć wyrachowane gry polityczne? Innymi słowy caryca Katarzyna znalazła się w wieku XXI.

Już od pierwszych scen widz szybko orientuje się, że pierwszoplanową rolę w spektaklu dobrze znanego kielczanom duetu Jolanta Janiczak – Wiktor Rubin, gra ciało (tu należy zaznaczyć, że na widowni powinny zasiadać jedynie osoby dorosłe). Obnażone całkowicie w postaci ułomnego masochisty Piotra III (Wojciech Niemczyk) czy niemal stale ubranej jedynie w emocje carycy (doskonała, silna, poruszająca Marta Ścisłowicz) miota się szukając spełnienia marzeń erotycznych i marzeń o władzy. Sceny nagości może zbyt częste, ale potrzebne, w sugestywny sposób uświadamiają, czym jest człowieczeństwo.

Autorka sztuki Jolanta Janiczak po raz kolejny (po świetnie przyjętej „Joannie Szalonej; Królowej”) pokazała, w jaki sposób historia może być punktem wyjścia do snucia złożonej opowieści o człowieku jako bycie ogólnym. Twórczyni doskonale czuje rolę historii – nauki wszak humanistycznej, a więc zmiennej, nie określonej raz na zawsze. Bo do czego powinna służyć wiedza historyczna, jak nie do poznawania praw rządzących rasą ludzką, konstruowania pytań o jej dążenia i sposób ich realizacji?

To właśnie widzimy na scenie. Caryca Katarzyna może i włada potężnym imperium, ale nie swoim ciałem. Co rusz łapie się za szyję, jakby chciała sprawdzić, czy ma jeszcze pionujący ją kręgosłup. Wydana za Piotra III zostaje zobligowana przez jego matkę Elżbietę (Joanna Kasperek) do urodzenia męskiego potomka. Oto cała jej rola. Jej fizjonomia to scena, na której dzieje się historia. Symboliczny jest fragment, w którym grająca tytułową rolę aktorka zakłada na nagie piersi makietę kieleckiej sceny teatralnej i wychodzi do widzów, by ją dotykali. Podobnie znamienny jest gorset carycy uszyty z centymetrów krawieckich. Dziś niemal każda kobieta nosi taki właśnie niewidzialny ogranicznik. Karmiona obrazkami damskich ideałów prosto z photoshopa, sama chce nim być gubiąc siebie. Jednak Katarzyna II miała w tym cel – śmiały i odważny. Mówi: „Jeśli chcesz dobrze grać, to jak zamachowiec, bez znieczulenia. Wygrana musi kosztować”. I wygrywa.

Kielecka premiera to nie tylko opis polityki ciała, to pytania, które dziś dla młodego widza mogą być fundamentalne. Czym jest naród? Kim jest patriota? Janiczak i Rubin pytają poprzez prowokację stawiając na scenie Stanisława Augusta Poniatowskiego, ostatniego króla Polski, kochanka carycy (widać, że Tomasz Nosinski rozumie swoją rolę, jest w niej mądry, zabawny, na szczęście nie patetyczny). Może właśnie taki jest współczesny patriota? Wchodzi do Europy jakby chyłkiem, niosąc pod pachą godło, a potem oznajmia, że powinien się na nim znajdować nie orzeł, lecz sęp, bo „Polacy jak nikt inny uwielbiają żywić się padliną”. Nieco zmęczony wszechobecną nagością widz na końcu spektaklu odnajduje refleksję. W doskonały monolog polskiego władcy trzeba się dobrze wsłuchać, jest bowiem swoistym podsumowaniem tego, co oglądaliśmy. „Polacy to archeolodzy świętej boleści narodowej” – mówi Poniatowski i…ma rację. Ich pożywką są rocznice narodowych tragedii i wątpliwych, przedawnionych zwycięstw. Ile jeszcze będziemy wspominać remis polskich piłkarzy na Wembley w 1973 roku, a po setkach przegranych meczy śpiewać, że „nic się nie stało”?

„Caryca Katarzyna” podzielić może widzów, być może według ich preferencji światopoglądowych i politycznych. Ale na pytanie, czy warto ją zobaczyć odpowiedź jest jedna – warto, narodzie (nomen omen), warto! Chociażby po to, by na końcu wysłuchać monologu Tomasza Nosinskiego. I zobaczyć, jak tańczy Andrzej Plata.

Luiza BURAS-SOKÓŁ : ECHO DNIA : 2013-04-14

Logo Biuletynu Informacji Publicznej