Przejdź do treści Przejdź do nawigacji

RECENZJE

Roztańczony obraz z epoki

26.08.2016

Cudownie urosła scena kieleckiego Teatru im. Stefana Żeromskiego podczas niedzielnej premiery musicalu „Ania z Zielonego Wzgórza”. Skromna przestrzeń została tak wspaniale zagospodarowana, że starczyło tu miejsca na taneczny rozmach. A przy tym miło było patrzeć na piękne kostiumy i oczywiście na samą tytułową bohaterkę, którą tak rozpierała energia, że miało się wrażenie, iż za chwilę poszybuje między rzędami widzów.

Wystawić „Anię z Zielonego Wzgórza” na scenie, to nie lada zadanie. Każdy bowiem, kto czytał książkę Lucy Maud Montgomery ma swoje wyobrażenie o postaciach i ulubione fragmenty powieści. A nie wszystie epizody da się przenieść na scenę, więc zawsze znajdzie się widz, który będzie czuł niedosyt. Reżyser kieleckiego spektaklu, Jan Szurmiej, oparł się na musicalowej adaptacji Henryki Królikowskiej, która główny akcent położyła na początkowe rozdziały książki, opisujące przyjazd Ani na Zielone Wzgórze. Pierwszy akt spektaklu poświęcony jest właściwie tylko temu wydarzeniu, w drugim – dominują epizody szkolne, zaś w trzecim na pierwszy plan wysuwa się dramatyczny moment śmierci Mateusza. W warstwie fabularnej zabrakło wielu zabawnych i wzruszających historii – jak choćby tej o niefortunnej próbie zmiany koloru włosów czy zagubionej broszce Maryli. Ale siłą rzeczy nie wszystko dało się w i tak bardzo długim spektaklu zmieścić. Na szczęście nie traci on na fabularnej spójności, poszczególne epizody absolutnie nie sprawiają wrażenia wyrwanych z kontekstu.

Bardzo ważnym elementem widowiska są piosenki – to one pointują poszczególne sceny, stanowią zgrabny komentarz, popychają akcję do przodu i co ważne – budują nastrój. Niektóre są tak piękne i wpadające w ucho, że jeszcze długo po premierze widzowie nucili je pod nosem. Przypuszczam, że prawdziwym hitem może stać się utwór o sukience z bufkami czy finałowa piosenka z mądrym przesłaniem o tym, że warto żyć.

Kielecka „Ania” jest nie tylko rozśpiewana, ale i roztańczona. Aż dziw, że niewielka przecież scena naszego teatru pomieściła z rozmachem zrealizowaną choreografię. Duża w tym zasługa reżysera. Jan Szurmiej jest mistrzem musicalu, spod jego ręki wyszły znakomite widowiska muzyczne. W kieleckiej inscenizacji też widać rękę mistrza – dopracowany ruch sceniczny, pięknie zaśpiewane i zaaranżowane piosenki, przemyślane przejścia od jednej do drugiej sceny. A przy tym tak cudowne kostiumy Sabiny Bicz, że już samo patrzenie na pyszne suknie i wykwintne kapelusze sprawia niebywałą przyjemność. To tak, jakbyśmy oglądali stylowy obraz z epoki, która już dawno odeszła do przeszłości.

„Ania z Zielonego Wzgórza” jest spektaklem zespołowym – większa część aktorów naszej sceny stanowi tło dla bohaterów spektaklu. Na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się grająca tytułową bohaterkę – Katarzyna Gałasińska. Aktorkę tak rozpierała energia, że podczas niedzielnej premiery miałam wrażenie, iż za chwilę poszybuje między rzędami widzów. Jej Ania Shirley jest taka, jaką sobie wyobrażałam ilekroć sięgałam po powieść Lucy Maud Montgomery – szalona, romantyczna, szczera i bystra. A przy tym, gdzieś w głębi jej duszy, kryje się jakiś ledwo zauważalny smutek. Dodać trzeba, że Katarzyna Gałasińska znakomicie poradziła sobie z partiami wokalnymi. W jej cieniu pozostają postaci Mateusza i Maryli Cuthbertów grane przez Janusza Głogowskiego i Mirosławę Krajewską. Postać tej ostatniej bohaterki została nieco „oswojona” przez aktorkę – jej Maryla nie jest tak zasadnicza i sroga jak w powieści.

Podczas niedzielnej premiery aktorzy musieli dwukrotnie bisować. Spektakl zasłużenie oklaskiwali zarówno dorośli, jak i dzieci. I to chyba najlepsza rekomendacja dla tego widowiska.

Agata Niebudek : ECHO DNIA : 2006-05-23

Link do źródła: http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/26065.html

Logo Biuletynu Informacji Publicznej