Przejdź do treści Przejdź do nawigacji

RECENZJE

Rychcik spala aktorów

27.08.2016

Wojciech Niemczyk i Tomasz Nosiński, aktorzy teatru im. S. Żeromskiego w Kielcach, spalają się w półtoragodzinnym seansie transu, emocji i przejmującego tekstu Bernarda Marie Koltesa. Reżyser Radosław Rychcik każe im przekrzyczeć głośną, psychodeliczną muzykę obecnego na scenie zespołu Natural Born Chillers wyrzucanym z siebie tekstem dramatu. Samo to jest już przedsięwzięciem karkołomnym i wymagającym niezwykłego wysiłku fizycznego. Nosiński i Niemczyk obnażają się do mięsa, do czerwonej, podrażnionej śluzówki gardeł, które wywlekają na zewnątrz wraz z potokiem, a raczej ściekiem słów.

Aktorzy działają poza ograniczeniami własnej fizyczności, kinetyki przez naszą cywilizację uprzywilejowanej i ekspresji przez naszą kulturę tolerowanej. Widz dostaje na talerzu emocje wyprane i odarte z tego, co na co dzień je ogranicza, porządkuje i temperuje. Nosimy je przecież w sobie i od dziecka uczymy się jak sobie z nimi radzić. A potem uczymy nasze dzieci.I nieopatrznie przychodzimy na seans teatru Radka Rychcika, żeby zobaczyć te emocje w izolacji od wszelkich ograniczeń i konwenansów.

A co to konwenanse? Niestosowne słowo tam, gdzie mowa jest o nocnym spotkaniu kogoś kto jest dealerem (Wojtek Niemczyk), choć nie wiemy co sprzedaje i kogoś kto jest klientem (Tomek Nosiński), choć nie wiemy czego pragnie. Przeczuwamy jednak, że ta transakcja dotyczy spraw mrocznych i niejednoznacznych moralnie. Niemczyk i Nosiński stoją obok siebie na scenie. Przed nimi mikrofony. Za nimi zespół Natural Born Chillers z instrumentami. Gitara, perkusja, keybord, komputer. Tekst Koltesa zostaje wykrzyczany w kierunku widowni mimo że słowa, które padają są dialogiem – rozmową dwóch mężczyzn, którzy chcą zawrzeć transakcję. Zachowują się gwałtownie i zaczepnie, nawet agresywnie. Mimo to nie dochodzi między nimi do interakcji. Czy przedmiotem negocjacji jest narkotykowy deal, czy erotyczna usługa, czy też zwykła ludzka potrzeba bliskości? Nie dostaniemy jednoznacznej odpowiedzi. Z podobnym nieskonkretyzowaniem przedmiotu pragnień mieliśmy już do czynienia w Brechtowskim Versusie wyreżyserowanym przez Rychcika w zeszłym roku na deskach krakowskiego Teatru Nowego. Trudno było określić przedmiot rywalizacji, zmagań i pragnień bohaterów, uzyskując zarazem zgodę na jego nienazywanie. I tam również przekaz artykułowany z ciała oddalał nas od jakiejkolwiek nadziei porozumienia i bliskości postaci obecnych na scenie. Bohaterowie Samotności pól bawełnianych są jakby cali napisani brakiem, niespełnieniem, poszukiwaniem. Spotykają się i nawet rozpoznają swoje pragnienia. To już wiele. Ale mamy wrażenie, że w to spotkanie od początku wpisane jest poczucie porażki. Fiasko porozumienia i bliskości jest w głowach tych postaci. Biologiczny imperatyw poszukiwań i pożądania zawarty jest w ich konwulsyjnie rozedrganych ciałach. Zawieszeni w transowej muzyce poddajemy się ich rozdarciu pomiędzy tymi dwoma rzeczywistościami.

Tekst Koltesa (1948-1989, zmarł na AIDS) opowiada o sile pożądania i o niemożności jego realizacji zarazem. Jest utkany z dwuznaczności. Skrojony na nasze czasy, gdzie wymiana, handel, rozbudzanie potrzeb i zaspokajanie pragnień stało się zasadniczym i najważniejszym elementem życia. Nie umiem mówić nie – mówi dealer – nie znam tego słowa. Mam wszystko, czego pragniesz a jeśli tego nie mam, to będę to miał. Spełnię wszystkie twoje życzenia. Koltes trafia swoją diagnozą w najczulszy punkt współczesności. Choć bardzo nie chcemy się do tego przyznać, zaspokajanie pragnień jest naszą nową religią, czymś, co spędza sen z powiek, przyprawia o frustrację i ostatecznie śmierć. Dlaczego pozostajemy nienasyceni? Egzystencjalny, metafizyczny głód czy zwyczajna nieumiejętność wchodzenia w relacje z drugim człowiekiem? Co tak naprawdę jest tematem spektaklu? Tego do końca się nie dowiemy. Ale nie wyjdziemy z teatru w przyjemnym poczuciu skonsumowania kolejnego dobra, na które było nas stać.

Kombinacja Koltes-Rychcik-Niemczyk-Nosiński i zespół wbija klina w mieszczańskie popołudnie. Co kierowało reżyserem, że porzucił całkowicie deklamatorską interpretację tekstu na rzecz pewnego rodzaju widowiska-performansu? Najpewniej talent i twórcza intuicja. Jego poszukiwania formy wyrazu okazały się bardzo nośne. Odbiór (prawdy Koltesa, prawdy Rychcika, Niemczyka i Nosińskiego) nastąpił na poziomie silnego, niemalże transowego udzielenia się widowni napięcia panującego na scenie, podskórnego dreszczu ekscytacji, wynikającego z tego, że dane jej było przyglądać się pewnym bardzo intymnym praktykom. Rychcik brutalnie i z dużą stanowczością wydobył bowiem z ciał swoich aktorów coś, czym głęboko i skrycie wszyscy jesteśmy podszyci – lęk, że nigdy tego najbardziej istotnego, najbardziej dotkliwego braku nie zaspokoimy, a wszystko inne pozostanie tylko częściowe i pozorne. Radykalizm jego przekazu sprawił, że rzeczywiście mało kto pozostał wobec tego wieczoru obojętny a spektakl stał się prawdziwym wydarzeniem festiwalu. Nie zdarzyło mi się rozmawiać z kimś, także pośród zagranicznych gości i jurorów, u kogo na brzmienie tego tytułu nie pojawiałby się żywy błysk w oku lub wzruszenie w głosie. Wrażenie zrobili zarówno aktorzy, jak i nie najłatwiejsza w odbiorze muzyka zespołu Natural Born Chillers, a także video Marty Stoces, będące częścią spektaklu. Osobiście wpisałam sobie Tomka Nosińskiego do Antologi Wielkich Męskich Ról Teatralnych, jeśli taka gdzieś istnieje. Po pierwszych piętnastu minutach spektaklu pomyślałam o Holoubku, Olbrychskim, Treli, którzy to grali swoje wielkie romantyczne role mając tych dwadzieścia parę lat. Wpisywali się jako świeżo upieczeni aktorzy w księgi historii teatru i moim zdaniem powinien tamże być już wpisanym Tomek Nosiński. Jest to zupełnie inna rola, inny teatr, inny przecież wiek mamy. I może nową (inną?) antologię można by już zacząć pisać.

Samotność pól bawełnianych w reżyserii Rychcika, poza całą gamą innych uczuć, dostarczyła poczucia ulgi, że mamy nowoczesny teatr. Nie taki pseudo-. podszywający się obecnymi na scenie gadżetami nowoczesności i schlebiający niedouczonemu odbiorcy rynsztokową nowomową, ale inny – młody i prawdziwie nowoczesny, ostry, bezkompromisowy a do tego ważny, stroniący od banału.

Beata Frysztacka : Festiwal BOSKA KOMEDIA Kraków

Logo Biuletynu Informacji Publicznej