Przejdź do treści Przejdź do nawigacji

RECENZJE

Samotność w transowym rytmie

27.08.2016

Ludzie są samotni – banał, czy wielka egzystencjalna prawda przełomu tysiącleci? Może niekoniecznie banał, bo w sztuce, przynajmniej do połowy XX wieku samotność była kojarzona z osobami wrażliwymi, głębiej przeżywającymi świat – co tu dużo mówić – artystami.  Samotnymi byli twórca i jego wrażliwy odbiorca., dealer etycznej i estetycznej esencji świata i jego klient. Gdy sztuka stała się masowa, nagle wszyscy stali się nadwrażliwi a tym samym samotni. Wywód logiczny, ale nieprawdziwy – gdy sztuka stała się masowa, przestała być sztuką, dealer stał się hurtownikiem, klient się przejadł, czyli nie czuje już wyrafinowanego smaku. Bardzo, bardzo dawno temu w baśniach można było natknąć się na postaci nieszczęśników, których tragedią było to, że wszystko mogli mieć, wszystko mogli kupić i bardzo cierpieli z tego powodu. I przed wiekami, i dziś sens tej opowieści jest ten sam – owszem kupić można wszystko, tyle że towar bywa nie tym, czego potrzebujemy, a już najgorsze, i właśnie to boli, że sami nie wiemy, jaki powinien być ów idealny produkt.
O tym jest spektakl „Samotność pól bawełnianych” Bernarda Marie Koltesa w reżyserii Radosława Rychcika, którego premiera odbyła się w minioną sobotę w Teatrze imienia Stefana Żeromskiego w Kielcach. Rzecz została wystawiona na małej scenie teatru – w „Pokoju Becketta” – który przez dyrektora Piotra Szczerskiego określany jest też mianem sceny eksperymentalnej. To wygodne określenie, bo zawsze o nietrafionym przedstawieniu można powiedzieć, że eksperyment się nie udał.
I niestety się nie udał. Sam dramat jest bardzo trudny w odbiorze. Dwóch bohaterów prowadzi między sobą dialog, który bardziej przypomina logicznie powiązane monologi. Konstrukcja jest uzasadniona, wszak rzecz jest o samotności. Dramat pełen jest symboli i alegorii, to też oczywiste, ludzka samotność i brak możliwości porozumienia są tematami uniwersalnymi, czyli właściwymi każdemu czasowi, każdej epoce i miejscu. Żeby odczytać grę słów, niuanse tekstu, trzeba niesamowitego skupienia, reżyser proponuje nam coś zgoła innego – niezwykle mocny i głośny rytm – muzykę klubową, transową wykonywaną na scenie przez zespół „Natural Born Chillers” i jakby wpleciony w ten rytm dialog postaci, miejscami wykrzyczany, w każdym razie spotęgowany przez mikrofony. Trudno w tym krzyku wyłowić niuanse tekstu Koltesa, pozostaje gra gestów, mimiki, ruchu, a to jest w spektaklu dopracowane do perfekcji.
Zaczyna się rewelacyjnie – cisza na małej scenie przed premierą, taka cisza oczekująca, teatralna świętość, która jeszcze jest i nagle potężna fala muzyki, bardzo zrytmizowanej, do tego stopnia, że widzowie muszą poddać się temu rytmowi fizycznie, ten rytm czuje się w trzewiach. To doskonale – myślę sobie – zaraz otrzymam przekaz, który odbiorę ciałem i duszą, czego więcej chcieć? Nie odebrałem duszą, bo tekst mija się z rytmem, tekst wydaje się sztucznym dodatkiem do gry aktorskich gestów. I to nie dlatego, że sztuka na swój sposób jest symboliczna i można to tłumaczyć dysonansem między rytmem naszego życia, a słowami, które wypowiadamy, które nijak nie wpasowują się w ten rytm, są sztuczne, tekst po prostu ucieka, bo jest obok grających aktorów. Wojciech Niemczyk jako Dealer i Tomasz Nosiński jako Klient wypowiadają ważkie słowa o pożądaniu, nienasyceniu, samotności. W ostrym rytmie ich konwulsyjne ruchy mówią to samo, w sztuce i na scenie ma to wyraźny kontekst gejowski i już poprzez ten fakt odziera przekaz z uniwersalności, co więcej, dodaje nowy element – prowokacji, szokowania widza. Klient w pewnym momencie rozbiera się do naga. W pełni uzasadniona scena – nagość oznacza bezbronność – wobec niemożności porozumienia się i wszechobecnego dealu – niepisanej umowy kupna-sprzedaży jesteśmy dziś bezbronni, tyle że wcześniej trudno odczytać ten tekst – w spektaklu zostaje samo rozbieranie się i nagość – znów prowokacja i szokowanie widza.
Prowokacja i szok to dziś podstawowe metody docierania do odbiorcy w świecie mediów stosowane przez tabloidy. Coraz więcej krytyków mówi o tabloidyzacji kultury. Problem w tym, że w pewnym momencie może gdzieś zatrzeć się granica między sztuką i ekstremalnym na siłę towarem.
Z kieleckiego spektaklu zapamiętam organiczny, fizyczny rytm wywołujący niepokój, także obawę o kierunek, w którym podąża młoda sztuka.

Ryszard Koziej : RADIO KIELCE

Logo Biuletynu Informacji Publicznej