Przejdź do treści Przejdź do nawigacji

RECENZJE

Spektakl śmiechu wart – w dobrym tego słowa znaczeniu

27.08.2016

„Hotelowe manewry czyli błogi s-pokój” Michaela McKeevera to ewidentna farsa i nie wiem po co to krygowanie się dyrektora Teatru Piotra Szczerskiego i reżysera Mirosława Bielińskiego, że może komedia, że nie do końca wiadomo. To farsa w każdym calu i bardzo dobrze.

Owo krygowanie się ma swoje źródło w przekonaniu starym już, ale wciąż pokutującym jakoby farsa była najbardziej podrzędnym gatunkiem dramatycznym. Pewno dawniej tak było, co zresztą w niczym nie przeszkadzało szacownym teatrom by od czasu do czasu a nawet częściej je wystawiać. Dziś to się diametralnie zmieniło, w dużych miastach są teatry, które specjalizują się w wystawianiu tylko fars i całkiem dobrze sobie radzą. Dziś w dobie wszechogarniającej telewizyjnej rozrywkowej papki i Internetu te dylematy po prostu trącą myszką.

Tyle, że owo trącenie myszką może być z kolei innym doskonałym sposobem na przyciągnięcie widzów do teatru. Mirosław Bieliński po raz drugi zastosował tę metodę i mam nadzieję że skutecznie. Jego reżyserskim debiutem był spektakl „Kpiny i kpinki” wystawiony w poprzednim sezonie na małej scenie kieleckiego teatru. Oparty na kabaretowych piosenkach z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku przyciągał widzów jak magnes. Czy teraz będzie podobnie?

„Hotelowe manewry” Michaela McKeevera przenoszą nas do Ameryki lat czterdziestych ubiegłego wieku i oglądamy na scenie niewyszukany ciąg komediowych pomyłek, gagów i żartów z jakich zbudowana jest klasyczna farsa. Nie ma tu żadnych kontrowersji, żadnych prowokacji, publicystyki, politycznych skojarzeń, niczego co dzień w dzień sączy się z telewizji. Czysta, łagodna, ramotowata farsa. Jednym słowem oddech, odpoczynek od jakichkolwiek dylematów.

Reżyser buduje spektakl bardzo konsekwentnie, rzecz dzieje się w jednym pomieszczeniu, co zresztą jest podstawowym źródłem farsowego ciągu nieporozumień i wartość sztuki polega nie tyle na zmienności scenografii, ile dynamice gry aktorów i ich wyrazistości i te elementy zostały dopracowane do perfekcji. To, do czego jesteśmy przyzwyczajeni w filmowych zbliżeniach, czyli mimiki aktorów, gry gestów, doskonale widać nawet z oddalenia ze sceny. W farsie ta mimika i gesty są oczywiście wyolbrzymione ale na scenie sprawdza się to znakomicie. Aktorzy grają rewelacyjnie. Doskonałe w głównych rolach są Beata Wojciechowska jako Claudia MCFadden i Joanna Kasperek jako Athena Sinclair. Gwiazdy estrady, nieco podstarzałe, więc tym bardziej zmanierowane i despotyczne. Powiedziałem aktorki w głównych rolach ale przecież akurat w tej farsie prawdę mówiąc wszystkie role są równorzędne. Niezwykle wyraźną kreację stworzył Marcin Brykczyński jako Pippet, doskonale farsowy był Michał Węgrzyński jako Otis, śmieszyły Teresa Bielińska jako pani Everettowa Osgood i Ewa Józefczyk jako dziennikarka plotkarskiego pisma. Dobra farsa w starym stylu bez żadnych eksperymentów, no może poza jednym, z piosenką śpiewaną z pomocą mikrofonów przez obie sceniczne gwiazdy, eksperymentem nieudanym niestety. Mimo takiej usterki gląda się spektakl z przyjemnością wybuchając co jakiś czas zdrowym śmiechem. I o to chodzi.

Ryszard Koziej : RADIO KIELCE : 2013-05-26

Logo Biuletynu Informacji Publicznej