Przejdź do treści Przejdź do nawigacji

RECENZJE

Szczajmy na carycę. Może zmartwychwstanie.

26.08.2016

Jestem człowiekiem, który żyje raczej w dwudziestym pierwszym wieku, więc nieszczególnie oburzył mnie pomysł sprowadzenia spektaklu pod tytułem “Caryca Katarzyna” na dostojną i pobłyskującą ponoć poświatą dawnej światłości imprezy, zwanej Warszawskie Spotkania Teatralne.

Szanowni czytelnicy wybaczą mi, mam nadzieję, że daruję sobie referowanie tuzinów tekstów, powstałych po spektaklu, które rozczytały dzieło wzdłuż, wszerz i wgłąb. Dorzeczni i niedorzeczni autorzy wysmarowali wokół przedstawienia szereg ciekawych i nieciekawych interpretacji oraz lepiej i gorzej uzasadnili przy jego okazji swoje poglądy na sztukę widowiskową, której reprezentantem jest “Caryca Katarzyna”.

Mi, skromnemu widzowi, który stroni od politykierstwa w teatrze, który uważa, że jeżeli teatr próbuje coś zmienić, to powinien w najlepszym przypadku próbować zmienić (możliwie nie na gorsze) teatr, spektakl duetu Janiczak/Rubin raczej mógł nie chcieć się podobać. Tym gorzej, że piszącemu te słowa przydarzyła się smutna w gruncie rzeczy przygoda, która polegała na obejrzeniu ostatniej premiery duetu, spektaklu “Towiańczycy, królowie chmur”, wystawionego we wciąż Narodowym Starym Teatrze w Krakowie.

Proporcje syknięć, warknięć, westchnień i wygłaszanych egzaltowanym tonem zdań wielokrotnie złożonych, które dało się słyszeć w minioną sobotę w Scenie Na Woli pozwoliły rozczytać, że dzieło, jak to się mówi – podzieliło publiczność. Odebrane zostało przy tym niezwykle żywiołowo, co pozwala mieć nadzieję, że ktoś się o nie pokłóci, ktoś kogoś nazwie gówiarzem i nieukiem za to, że mu się podobało – słowem, że dyskusja wokół spektaklu będzie żywa. A, że chyba jest o czym postaram się przekonać Państwa poniższymi literkami.

Żeby nie było jednak tak, że wszystko mi się podoba, zacznę od wyrażania niemiłych opinii pod adresem twórców widowiska. Bałaganiarski i chaotyczny tekst Jolanty Janiczak chwilami chwyta się brzytew, którymi są kretyńskie wypowiedzi współczesnych polskich polityków, miętolone uprzednio zarówno przez Gazetępeel jak i Faktyimity. W ciekawy, rozlewający się i brudnawy język sztuki, wprowadza to doraźność, która denerwuje. Koniec końców – staje ona okoniem wobec deklaracji samej autorki, która twierdzi, że “Caryca Katarzyna” nie ma braterstwa z gatunkiem zwanym pièce à thèse. Otóż – trochę ma. Bo co innego – stawianie pytań o rolę płci w definiowaniu się jako jednostka, jako partner i jako jednostka w społeczności/społeczeństwie, a co innego – podkpiwanie sobie z wypowiedzi Zbigniewa Ziobry o aborcji i paraolimpijczykach. Moje niezdecydowane i umęczone bliskością twardych schodów teatralnej widowni “ja” domaga się w takich momentach postawienia sprawy jasno: albo robimy spektakl o tym, że wszyscy są źli, albo robimy spektakl o tym, że źli są Ci z PiSu.

Uczepię się jeszcze jednej rzeczy w spektaklu Rubina i Janiczak, przyznając jednocześnie, że to zarzut a posteriori najnowszej ich premiery, czyli wspomnianych “Towiańczyków”. Duetowi z żalem przychodzi żegnanie się z pomysłami, którymi udaje im się podgrzać temperaturę na widowni. O ile słynne cycki Marty Ścisłowicz, ukryte za kurtyną makiety kieleckiego teatru, zaczepianie widzów i zasuwanie na finał imitacji numeru Kate Bush z obowiązkowym sypaniem prochów z urny (jeden z trendów sezonu teatralnego 2013/2014) zwracają uwagę, o tyle łażenie z makietą Teatru Starego, mierzenie widzom tempa bicia serca i sprzedawanie na finał głupawego wykonania hitu Enrique Iglesiasa budzi podejrzenia o ilość trybów, które wprawiają w ruch machinę teatralną Janiczak/Rubin.

Tyle marudzenia. W spektaklu raczej podobało mi się to, że pobrzmiewa w nim coś, co pozwalam sobie z braku lepszego określenia nazwać doświadczeniem pokoleniowym. Kompletnie ściemniony historyczny pseudoapokryf Janiczak jest dla mnie doskonałym wyrazem bezradności pokolenia, postawionego w sytuacji stopniowego definiowania swojej roli w świecie dużych chłopców i dziewcząt. Używanie, inkorporowanie rozbabrane z wdziękiem w literackim języku Janiczak nie musi się wcale ograniczać znaczeniowo do sfery cielesności i seksualności. Autorka przekonująco rozpisuje manię akomodacji, podglądając w niej zmieniające się relację przedmiotowości i podmiotowości. Relacja konsumowania i bycia konsumowanym w spektaklu zdaje się dotyczyć konkretnej sytuacji ego, relacji partnerskiej oraz człowieka na tle wspólnoty. W tekście Janiczak rozdarcie i brak treści, która mogłaby wypełnić te pojęcia ukazują człowieka pozbawionego indywidualnych, partnerskich i społecznych właściwości.

Ten temat i sposób jego wyłożenia determinują charakter widowiska. Można je zignorować, uznając za postdramatyczną hucpę, ale byłoby to olanie mocnego głosu kształtującej się świadomości, na której fizycznie niemal odciska się zhomogenizowanie, zrytualizowana cielesność i wyobrażenie na temat ciała oraz niemożność zdefiniowania się przy i wobec braku wspólnotowości.

W tym widzę źródło ostentacyjnych gier dotyczących płci i ciała, na których zasadzają się kluczowe rozwiązania spektaklu. Tę formę, tak literacką jak i teatralną można by oczywiście szlifować, obcinać, gładzić i prasować. Pytanie jednak po co, skoro to właśnie macgyverowska sprawność odnoszenia pojęć, matryc i nośników wobec znaków, emocji i relacji międzyludzkich buduje skuteczność tego przedstawienia. Łatwo zarzucić kieleckiemu spektaklowi kliszowość, a twórców zwyzywać od handlarzy bazarowych postdramatycznych błyskotek. Tyle tylko, że cały ten śmieciowy majdan “Carycy Katarzyny” objawia specyficzną i niekoniecznie zdrową kondycję. Zdaje mi się, że nie tylko autorów. Może da się ją leczyć.

Nie sposób zakończyć tego wpisu, nie wspominając o znakomitej pracy zespołu aktorskiego, z odwagą dającego się prowadzić reżyserowi przedstawienia. Na wyróżnienie zasługuje Joanna Kasperek, w roli Carycy Elżbiety. Drażniąca, uwierająca obecność aktorki, budowana od pierwszych minut budzi szacunek, choć niekiedy aktorce przydałoby się w kreacji powściągnąć “Hajewska-Krzysztofik Factor”. Wcielającej się w główną rolę Marcie Ścisłowicz należałoby poświęcić osobny wpis, za odwagę i talent, którymi na swoim ciele i swojej ekspresji pozwoliła wypisać znakomitą większość sensów tego przedstawienia. Fenomenalny jest również Tomasz Nosinski, porywający uwagę jako Stanisław August Poniatowski.

Gdyby Fotel, który właśnie czytacie był przedrukowywany w opiniotwórczych dodatkach do dzienników, lub miał swoją rubrykę w miesięczniku “Pani”, napisałbym, że “Caryca Katarzyna” ma u mnie ocenę składającą się z raczej dużej ilości gwiazdek.

A swoją drogą obejrzyjcie ten spektakl.

Uszaty Fotel : uszatyfotel.pl : 2014-04-06

Link do źródła: http://uszatyfotel.pl/2014/04/06/caryca-katarzyna/

Logo Biuletynu Informacji Publicznej