Przejdź do treści Przejdź do nawigacji

RECENZJE

Tych plam nie można zamalować

04.06.2018

W lipcu 1946 roku dochodzi w Kielcach do pogromu, podczas którego rozjuszony tłum brutalnie morduje osoby pochodzenia żydowskiego. Tragiczne wydarzenia uruchamia kłamstwo kilkuletniego chłopca, Henia Błaszczyka, który mówi ojcu, że był przetrzymywany przez trzy dni w piwnicy. Wskazuje, że była to kamienica przy ulicy Planty 7, gdzie po koszmarze Zagłady znalazło schronienie wielu Żydów. Milczenie o pogromie i dalsze kłamstwa o rzekomej prowokacji krążą  kilkadziesiąt lat, kształtowały opinię publiczną aż do teraz. Tomasz Śpiewak, dramaturg „1946”, poświęcił prawie dwa lata na badania dokumentów, artykułów i innych tekstów dotyczących tych wydarzeń. Solidnym fundamentem okazała się książka Joanny Tokarskiej- Bakir „Pod klątwą”, oparta na rozległej kwerendzie w archiwach, szczegółowo omawiająca ówczesne konteksty społeczne i polityczne. Twórcy sięgają do tych wydarzeń z pełnym rozmysłem – budynek Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach był jednym z pierwszych miejsc pogromu.

Przede wszystkim jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak sprawnie poprowadzono dramaturgicznie spektakl. Twórcom udało się umiejętnie zderzyć przebieg wydarzeń z 1946 roku z czasami nam współczesnymi. Widać to już na samym początku, gdzie przez prosty zabieg zostajemy  współuczestnikami zdarzeń. Przez drzwi od strony foyer wchodzą aktorzy. Okazuje się, że to wycieczka, którą po kamienicy przy Planty oprowadza przewodnik. Główny elementem scenografii stanowi metalowa konstrukcja zakreślająca pomieszczenia, z czego z tyłu jedno jest zabudowanym pokojem. Przewodnik pokazuje zdjęcia ze szpitala i pogrzebów, które zobaczymy dopiero w następnych scenach. Przebieg wydarzeń z lipca 1946 roku zostaje stopniowo zrekonstruowany – od zgłoszenia się ojca Henia Błaszczyka na komendę, po bestialskie morderstwo kilkudziesięciu osób. W opowieść wplatane są nieustannie wzmianki o teraźniejszych mieszkańcach kamienicy. Jedna z kobiet po wprowadzeniu nie dała rady pozbyć się śladów krwi ze ścian, nawet poprzez ich zamalowanie. Grupa siada na wcześniej ustawionych krzesłach po prawej stronie, Na suficie i tylnej ścianie widowni wyświetlane zostają plany kamienicy przy Planty 7. Wycieczka schodzi ze sceny, przemieszcza się wśród widzów, przyglądając się poszczególnym elementom na sali, bo cała przestrzeń jest miejscem wydarzeń, które twórcy próbują przetworzyć i przenieść na język sceniczny.

Jednak gdy analizuję przebieg spektaklu, mam wrażenie, że Tomasz Śpiewak i Remigiusz Brzyk kierowali się w dużej mierze intuicją i prowadzili narrację na zasadzie asocjacji,. Zarysowują  tło społeczne i polityczne. Poznajemy ówczesną społeczność żydowską i innych mieszkańców Kielc, a także ludzi nam współczesnych. Ciężko dopatrzeć się potknięć w tekście. Tomaszowi Śpiewakowi udało się dokonać czegoś niezwykłego – sprawnie nakreślić strukturę wydarzeń, wprowadzając kolejne elementy bez kurczowego trzymania się chronologii. I co najważniejsze – bez popadania w patos czy histerię. Świetnym tego przykładem jest choćby scena w szpitalu. Chwilę wcześniej przyglądamy się mieszkańcom kamienicy przy pracy w ogrodzie, słuchamy ich wspomnień, planów na przyszłość. To było miesiąc temu. Teraz, z tyłu sceny trwa nieprzerwana krzątanina. Światła padają od dołu w taki sposób, że widzimy tylko zarysy postaci. Po obu stronach sceny postawione są ścianki, a na nich wyświetlany obraz z kamery na żywo – zdjęcia archiwalne ofiar pogromu. Chaos, braki w personelu, karetki przywożą coraz to nowych zmarłych lub rannych. Słyszymy szczegóły spisywanego raportu z obdukcji – zmiażdżone głowy, wielokrotne rany kłute, ślady brutalnego zrywania z ciała biżuterii. Poprowadzenie dramaturgii przywodzi na myśl amerykańskie seriale medyczne, ale zostało to zrobiono na tyle umiejętnie, że ten zabieg zrównoważył wymowę sceny.

W  „1946” mamy też do czynienia z kolejnym przykładem  „wyjścia z roli”, zabiegiem ostatnimi czasy często przerabianym w teatrze, który to Joanna Krakowska określiła jako „auto-teatr”. Słyszymy jak jedna z aktorek przyznaje się, że jest z Kielc, opowiada o córce, planach na najbliższa przyszłość. Joanna Kasperek siada na brzegu sceny. Monolog rozpoczyna od odniesienia się do słów Louis Althussera: „przemawia do nas to, co zwraca się do nas po imieniu”, a tym jest ideologia. U tego filozofa jest to ściśle powiązane z represyjnym działaniem władzy i naszemu jej poddawaniu się. Ma to miejsce w sytuacjach przytoczonych przez aktorkę:  wieloletnie kłamstwo i przemilczenie pogromu, rozsiewanie teorii, że Żydzi zabijali samych siebie (kojarzenie UB jako żydokomuny), próba usunięcia przez miasto z określenia pogromu słowa „kielecki”. A także w tym, że mamy dwa wyjścia: życie w fikcji, złudnej pamięci historycznej, bądź też wspólne przepracowanie tych wydarzeń po latach. Tylko pytanie, czy to nas naprawdę w jakikolwiek sposób oczyści? Pamięć nas nie ratuje, ale jest zarazem naszym obowiązkiem. Przywodzi mi to na myśl koncepcję Waltera Benjamina i stworzonej przez niego figury anioła historii. Nieustannie patrzy on w przeszłość, nie może już naprawić wcześniejszych katastrof, lecz wiatr posuwa go w przyszłość. Tylko, że jest zwrócony do niej plecami, a ten wiatr jest niczym innym jak postępem. Na przykładzie antysemityzmu można zauważyć, że jest on prawie nieosiągalny. Do pogromu kieleckiego doszło tuż po zakończeniu II wojny światowej. Wcześniej antysemityzm również miał się dobrze; podobnie jest i dziś. Joanna Kasperek przywołuje The Walking Dead, który jest  „marszem faszystowskiej nienawiści”.  Scenę zalewa jadowite zielone światło, w tle słuchać metalową piosenkę. Ludzie-zombie miotają się szaleńczo po scenie, wkrótce zaczynają być szkoleni przez trenera. Zabiera ich między innymi na szkolenie do warszawskiego metra. Słyszą: „Nie macie nic do stracenia”. Im więcej ludzi ugryzą, tym w większej skali rozprzestrzenią wirusa.

„1946” nie jest pomyślany na przeciwstawieniu „my” i  „oni”. Spektakl na podstawie faktów analizuje ogólną motywację naszych czynów, pyta, co nas popycha do kłamstwa i morderstwa. I jak to się stało, że kilkuset ludzi uwierzyło w plotkę o rytualnej ofierze z dziecka i bez zastanowienia zamordowało sąsiadów.

W jednej z ostatnich scen zostaje odtworzony z audiobooka fragment „Żywotów świętych starego i nowego zakonu” Piotra Skargi, które są jedną z najbardziej poczytnych lektur w naszych dziejach . Urywek traktuje o Żydzie Samuelu, któremu bardzo zależało na zdobyciu dziecka do rytualnego mordu. Łazarz, usłyszawszy prośbę, ucieka z miasta.  Pod groźbą klątwy zgadza się Tobiasz, który przyprowadza trzyletniego chłopczyka. Przysłuchujemy się szczegółowemu opisowi, jak jest krępowany, jak ma podrzynane gardło, a kolejne części ciała odkrajane. Jak mamy odżegnać się od krzywdzących stereotypów, nienawiści, czy – mówiąc wprost – antysemityzmu, jeżeli kultywują je teksty, na których opiera się nasza kultura? Może powinniśmy odciąć się od nich radykalnie innymi tekstami. Na przykład „Wierszem o zabiciu doktora Kahane” Juliana Kornhausera, który każdy z widzów znajduje pod fotelem i czyta w ciszy.

Aleksandra Sidor

Logo Biuletynu Informacji Publicznej