Przejdź do treści Przejdź do nawigacji

RECENZJE

Umarła wyobraźnia lorda

27.08.2016

Kielecki teatr zaskoczył widzów, tym razem jednak w sposób raczej daleki od zamierzonego. Nie tyle skala ambicji przerosła wykonawców, co zwyczajnie jej na scenie nie widać.

Lord Herling nie zmierza w żadnym kierunku. Spektakl rozpada się na kilka nic nie wnoszących monologów, partii śpiewanych, średniej jakości żartów z seksualnym podtekstem.

Najnowsza, trzecia już z kolei na deskach kieleckiego Teatru im. Stefana Żeromskiego, inscenizacja dramatu Mateusza Pakuły obiecywała sobą wiele. Dotychczasowe spektakle na podstawie jego utworów, „Mój niepokój ma przy sobie broń” w interpretacji Julii Mark oraz „Twardy gnat, martwy świat” w reżyserii Evy Rysovej, stanowiły twardy trzon repertuaru świętokrzyskiej sceny. Nie były co prawda równie wywrotowe jak Caryca Katarzyna, brakowało im również siły wyrazu na miarę mrocznej, hipnotycznej poetyki Samotności pól bawełnianych, ale jednak prezentowały poziom lepiej niż dobry, intrygujący pod względem odwołań intertekstualnych i bardzo solidny technicznie. Pakuła dał się poznać jako obsesjonat i zarazem dekonstruktor popkulturowego bałaganu, w który potrafił wplatać konsekwentne parafrazy klasyków literackich i kulturowych. Końcowy rezultat okazywał się porcją przemyślanego i satysfakcjonującego widza teatru. Co więcej, przy wszystkich swoich ekstrawagancjach, spektakle potrafiły zachowywać wewnętrzny porządek, trzymając się adaptowanych motywów przewodnich. Mój niepokój… udowodnił, że Guliwer XXI wieku może narażać życie na wojażach nie tylko przez wyspy liliputów i olbrzymów, ale i choćby przez „archipelagi” stron internetowych. Twardy gnat… z kolei przeniósł dramat Hioba w małomiasteczkowe środowisko aspirującej klasy średniej. Potęga marki panuje nie tylko w świecie marketu, ale też w tak zwanej sztuce wyższej, zatem i kolejna adaptacja wydawała się przed premierą pewniakiem, dramatem niemal niemożliwym do zepsucia. Kielecki teatr po raz kolejny zaskoczył, tym razem jednak w sposób raczej daleki od zamierzonego…

Tu warto zwrócić uwagę na fakt, że spektakl nie jest pełną inscenizacją pierwowzoru. Zabrakło części rozpoczynającej całość, poświęconej niejakiemu Lordowi Bemolowi, a w istocie – Jorgosowi Skoliasowi, polskiemu kom-pozytorowi i wokaliście greckiego pochodzenia. Trudno jednoznacznie określić, w jakim stopniu (negatywnym czy pozytywnym) odbiło się to na całości sztuki, niemniej Lord Bemol w swojej tekstowej wersji przejawiał pociągający potencjał, posługując się stylizacją na swego rodzaju koncertowy show religijno-filozoficzny. Kielecka inscenizacja ogranicza się do trzech „głównych” lordów: Tadeusza Kantora, Mirona Białoszewskiego i Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Wyszedł z tego swego rodzaju (anty)hołd Pakuły złożony trójce (dosłownie i w przenośni) możnowładców na włościach polskiej sztuki ubiegłego wieku. Zapowiadać to mogło znacznie większy rozmach (tematyczny i wykonawczy) od choćby kameralnego Twardego gnata… Ostatecznie, niestety, nie tyle skala ambicji przerosła wykonawców, co zwyczajnie jej na scenie nie widać.

Uczciwie zaznaczmy, że spektakl zaczyna się interesująco. Część „kantorowska” wystylizowana została na paraboliczne science fiction. Kapitan John 102 przemierza Kosmos, za jedynego towarzysza drogi mając pokładowy komputer – Miszel Kommodore. Czas lotu spędza na odtwarzaniu wspomnień. Ów monotonny, nostalgiczny maraton przerywa nowa misja bohatera – musi wyeliminować złego ge-\nerała Zerga. Ten ostatni, opętany wizją pod-\boju ludzi i wszechświata, przybiera cokolwiek niecodzienny pseudonim – Lord Kantor. Pa-\kuła prowokacyjnie ustawia geniusza ubiegłowiecznej dramaturgii w roli czarnego charakteru, villaina rodem z komiksu lub filmowego cyklu Star Wars. Przedstawienie Kantora jako istoty zgoła wampirycznej, żywiącego się przeszłością demona, wydaje się nie tylko przewrotne, ale i spójne z artystycznym temperamentem i kręgiem zainteresowań tego bohatera. John 102, stając w obliczu nierównej walki, może liczyć tylko na pomoc uratowanego po drodze uciekiniera ze zniszczonej apokalipsą Ziemi. Lord Kantor pozostaje zdecydowanie najmocniejszym punktem spektaklu, wykorzystując wszystko to, co wypadało w inscenizacjach Pakuły najlepiej: pomysł, dekonstrukcję i popkulturową ornamentykę, a przy tym zwracające uwagę zabiegi wykonawców (część aktorów odgrywa akcję dramatu, a część podkłada im głosy, niczym zawodowa ekipa lektorów dubbingowych). Staje się refleksją nad tyranią wspomnień i pamięci, pełną aluzji skrojonych pod smak nerdy boys urodzonych na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Widz, który zdążył rozbudzić w sobie apetyt na resztę dramatu, zmuszony jest jednak obejść się smakiem. Dalej jest wyłącznie gorzej.

O partii środkowej, dedykowanej Mironowi Białoszewskiemu, można napisać chyba tylko tyle, że jest. Na ekranie wyświetla się materiał filmowy, w którym aktorzy teatru pływają w basenie w towarzystwie swoich dzieci i recytują przeróbki utworów autora O obrotach rzeczy. Lord Miron przemija, nie zostawiając po sobie żadnych emocji. Część trzecia, poświęcona Herlingowi, wykorzystuje konwencję stand-upu. Plata, chociaż się stara, jest zaledwie cieniem samego siebie z Twardego gnata… Pakuła (i to akurat dobry pomysł) wychodzi na przekór oczekiwaniom widza. Zamiast odwoływać się do materii literackiego dorobku autora Innego świata, skupia się na pomijanym z reguły aspekcie jego prywatnego życia, by stworzyć miniaturę na temat: Gustaw Herling-Grudziński jako mąż żonie. A raczej – mąż żonom. Małżonki pojawiają się jako zmory-reminiscencje, wyrzuty sumienia z dawnych lat.

Spojrzenie na poważnego moralistę (w powszechnej recepcji) z perspektywy jego zawirowań emocjonalnych? Można tu dostrzec potencjał na studium egotyzmu artysty, krytykę w duchu feministycznym, ba, nawet i czysto prowokacyjne wywlekanie biograficznych brudów w celu odbrązowienia – każda z tych możliwości byłaby o tyle lepsza, że zmierzałaby w jakimś ustalonym kierunku. Lord Herling nie zmierza w żadnym i spektakl rozpada się na kilka nic nie wnoszących monologów, partii śpiewanych, średniej jakości żartów z seksualnym podtekstem(mała próbka: „Hops, hops, hops raz do buzi, wszyscy to biorą, mali i duzi ” – woła wierz- gający na dmuchanym materacu Plata). Dla¬czego są właśnie trzy żony Herlinga, a nie cztery lub dwie? Jeśli (jak wyjawia jedna z nich) są aspektami jednej, „tej najważniejszej” żony, to jakimi dokładnie? Co reprezentują? Po co się ukazują Herlingowi? Co ma wspólnego Herling z przebojem Beyonce? Co konkretnie łączy „lordów” między sobą i z Pakułą? Całość wieńczy improwizowany (?) występ aktorów, którzy w rytm hiphopowego klasyka rapują na cześć nadchodzącej wiosny, względnie deklamują do znudzenia pojedynczy wers w rodzaju „wiosna, wiosna, ach to Ty”. Finałowa partia miała w zamierzeniu nosić w sobie elementy interakcji z publicznością, ta jednak do wspólnego skandowania refrenu „mam gadane” szczególnie się nie rwała…

Momentami aż trudno uwierzyć, że Lordy, mdłe i niekoherentne wewnętrznie, są reżyserowane przez tę samą osobę. Jeszcze trudniej uwierzyć, że całość reżyserowała Eva Rysova, odpowiedzialna przecież za poprzedni „pakułowy” spektakl. Twardy gnat… był nie tylko przykładem dobrego materiału przetworzonego przez wizję reżyserki, ale i mocnej chemii między aktorami, która pozwalała zrozumieć, w czym tkwi istota sztuki zespołowej, artystycznej kooperacji. W Lordach nic ma o tym mowy: postacie pojawiają się i znikają, nie reprezentują choćby szkiców konkretnych typów, pomiędzy którymi mogłoby dochodzić do konfliktów. Sam brak wyrazistej pointy spektaklu niekoniecznie musiał być problemem. Problemem jest, że Rysova nie daje widzowi nic w zamian, a urwanie całości i zamiana spektaklu w luźną rapowankę wydaje się raczej oznaką bezradności niż celową kokieterią autora.

Przedstawienie pozostawia za sobą smutne wrażenie, także dlatego, że jest drugą pod rząd wpadką teatru przy hucznie zapowiadanej premierze. Wystawione na krótko przed „pakułowym” spektaklem Dzieje grzechu okazały się poprawną jak wieża z klocków, lecz bladą grą na kontrowersji. Niezbyt grzeszną – paradoksalnie, najmocniejsze fragmenty przedstawienia wypadły wyjątkowo zachowawczo jak na demistyfikację pierwowzoru, (zresztą co tu naprawdę demistyfikować – problemy Polaków okresu międzywojennego z wzięciem rozwodu?), a zarazem zbyt wysiloną na skandal, by dać się zaklasyfikować jako stosunkowo wierna, „brykowa” adaptacja. W porównaniu jednak do najnowszej inscenizacji Pakuły, Dziejom grzechu nie można odmówić pewnego minimum wewnętrznej zwartości. Lordy, z początku wciągające, później obojętne, w końcu męczące, od drugiej połowy spektaklu ostatecznie tracą nawet i spójność, nie będąc przez to w końcowym rozliczeniu ani zajmujące, ani (od)ważne, ani choćby zabawne.

Mateusz Woźniak : Teatr : 2015-06-05

Logo Biuletynu Informacji Publicznej