Przejdź do treści Przejdź do nawigacji

RECENZJE

Wojna nie ma nic w sobie z człowieczeństwa

27.08.2016

Zbiór reportaży „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” Swietłany Aleksijewicz, bardzo głośny swego czasu w chylącym się ku upadkowi Związku Radzieckim a później w odradzającej się Rosji, u nas pewno przeszedłby bez echa gdyby nie wydawnictwo Andrzeja Stasiuka specjalizujące się w publikacjach reportaży pisarzy Europy środkowej i wschodniej, a i tak książka była mało znana, co zmieniła dopiero jesienna nagroda Nobla dla białoruskiej autorki. Nagle posypały się inscenizacje, wydawnictwo „Czarne” wznowiło zbiór opowiadań, sama autorka odwiedziła Polskę.

Aleksijewicz rozmawiała z weterankami Wielkiej Wojny Ojczyźnianej i odbrązawiała obowiązujący w Związku Radzieckim mit heroicznej żołnierki spisując relacje kobiet dalekie od sztucznego patosu. Pisarce zarzucano przesadny naturalizm, bo w książce zamiast chwalebnej statystyki w rodzaju, która z kobiet-snajperek ustrzeliła najwięcej wrogów, pojawiały się opisy strzelania do niewinnego źrebiątka, albo co gorsza skargi, że żołnierki nie miały kobiecej bielizny, musiały całymi latami zakładać męskie gacie a menstruacyjna krew znaczyła piach na drogach ich przemarszu. (Tak na marginesie historia podpaski higienicznej ma, a jakże by inaczej, wojskowy rodowód też z czasów II wojny światowej. Otóż Amerykanie wymyślili wówczas superchłonny opatrunek na rany, który tamtejsze sanitariuszki zaczęły wykorzystywać niekoniecznie zgodnie z jego pierwotnym przeznaczeniem.) Uwaga o tyle istotna, że dziś kobiety-żołnierki nie mają już takich przyziemnych problemów, zaś reżyserka i adaptatorka kieleckiej inscenizacji reportaży białoruskiej pisarki w Teatrze imienia Stefana Żeromskiego w Kielcach, Elżbieta Depta odrzuca historyczny kontekst tak ważny dla oryginału, by opowiedzieć historię pacyfistyczną niezależnie od czasów i od płci – wojna nie ma w sobie nic z człowieczeństwa w ogóle, jest zaprzeczeniem wszystkiego, co w kobiecie i mężczyźnie dobre, jest pogwałceniem dosłownie i w przenośni tego co w ludziach naturalne czyli uczuć empatii i altruizmu. To też istotna uwaga, bo współczesny ewolucjonizm kwestionuje darwinowską teorię walki o byt podkreślając genetycznie zakodowany i w zwierzętach i w ludziach altruizm właśnie.

Mundury, które we współczesnych armiach służą kobiecej wygodzie i ich bezpieczeństwu, są jednak w adaptacji Elżbiety Depty znów dosłownie i w przenośni kostiumem, znakiem „ubierania” je w nie swoje role, z czym trudno się nie zgodzić. Przenosząc historyczne już relacje radzieckich kobiet na dzisiejsze czasy reżyserka postawiła przed sobą oczywisty dylemat, jak wytłumaczyć niechęć do babrania kobiet w wojnę w czasach głoszonego równouprawnienia płci. Sprytnie przeniosła ów dylemat na samych widzów. Spektakl rozpoczyna się interakcją z publicznością zgromadzoną w foyer teatru. Aktorka stylizowana na współczesną celebrytkę mediów wampicznym tonem przepytuje widzów, czy mają w domach podstawowe leki na wypadek wojny i właśnie czy kobiety powinny walczyć a jeżeli tak, to w jakich wojnach i czy mogą zabijać. Pytania bez jednoznacznej odpowiedzi w konwencji telewizyjnego show. Joanna Kasperek w roli owej dziennikarki bardzo oszczędną grą już na samym początku doskonale podrzuca widzom klucz interpretacyjny do całego spektaklu konsekwentnie kreując tę rolę do końca przedstawienia, wszak dla nas wojna to przecież wyłącznie telewizyjny obrazek, nawet jeżeli rozgrywa się w Donbasie, kilkaset kilometrów od granic Polski.

Kolejna interpretacyjna podpowiedź to melopea – pierwsza scena, w której trzy główne bohaterki dramatu melorecytują niczym postaci chóru greckiej antycznej tragedii. W późniejszych scenach melopea zastąpiona zostanie współczesnymi quasi piosenkami, w niczym nie zmieni to jednak konwencji całego przedstawienia – to współczesna tragedia czyli dramat, w którym każdy wybór, każda decyzja bohatera będzie zła, nie uniknie on swojego losu.

Losem wielu współczesnych kobiet jest wojna, która mentalnie niczym nie różni się od tej opisywanej przez bohaterki reportaży Aleksijewicz. Krew jest tak samo czerwona i czerwień nie jest dla współczesnych żołnierek na Ukrainie, w Kurdystanie, Algierii czy Afganistanie kolorem modnych szpilek albo wykwintnej nocnej bielizny. Lalki Barbie niczym laleczki voo-doo przyszpilane są do ściany, mimo że wcześniej kobiety-żołnierki z kwiatów ułożyły na niej pacyfkę. Lalkom Barbie bohaterki odrywają główki nogi i ręce, bo tym jest wojna w rzeczywistości realnej i psychicznej. Rzecz dzieje się w okopie albo schronie zbudowanym z worków z ziemią. W spektaklu worki są białe i nie ma w nich ziemi, bardziej kreują przestrzeń szpitala psychiatrycznego niż okopu, co w sumie na jedno wychodzi. A przed ową przestrzenią na haku wieprzowa półtusza jako znak mięsa po prostu, „armatniego mięsa” okaleczonego ciała, jako znak wojny. Minimalistyczna a jednocześnie pełna symboliki i funkcjonalna scenografia Agaty Andrusyszyn to jeden z ważnych atutów kieleckiego przedstawienia.

Rzecz jest o kobietach więc główne role grają trzy młode aktorki: Dagna Dywicka, Magda Grąziowska i studiująca jeszcze w Krakowskiej Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej Anna Antoniewicz, wszystkie trzy, choć różnorodne, tworzą niejako jedną postać młodej wrażliwej współczesnej kobiety próbującej skonfrontować współczesność z pytaniami sędziwych już bohaterek reportaży Swietłany Aleksijewicz. Najmocniej widać to w jednej scenie, gdy Magda Grąziowska wciela się w postać radzieckiej partyzantki topiącej własne dziecko i po chwili jako współczesna żołnierka pytana jest przez dziennikarkę Joannę Kasperek jak postąpiłaby w podobnej sytuacji. Kilka sekund ciszy z przełknięciem śliny to najmocniejsza scena spektaklu choć równie mocna jest opowieść żołnierza o gwałceniu kobiet. Krzysztof Grabowski kolejny raz stworzył w kieleckim teatrze doskonałą rolę daleką od czarno-białego schematu. Inne zadanie dostał Edward Janaszek, który jako stary obwieszony medalami dowódca wniósł do tragedii element groteski.

Debiut reżyserski Elżbiety Depty uważam za bardzo udany, jej adaptacja reportaży białoruskiej pisarki i wyraźnie autorska inscenizacja jest czytelna i konsekwentna. Sztukę gorąco polecam.

Ryszard Koziej : Radio Kielce SA : 2016-05-16

Logo Biuletynu Informacji Publicznej