Przejdź do treści Przejdź do nawigacji

RECENZJE

Zaszyte diamenty, zaszyte rubiny…

22.01.2018

Zaszyte diamenty, zaszyte rubiny – „Rasputin” Jolanty Janiczak w reż. Wiktora Rubina w Teatrze im. Żeromskiego w Kielcach

Panowanie Mikołaja II w Rosji to czas panoszenia się miernot, swoista dyktatura nieudaczników, którzy zwłaszcza w ostatnim jego okresie wypływali na powierzchnię na skutek cichego sojuszu carycy Aleksandry i jej duchowego (chyba zresztą nie tylko) mistrza, rzekomego mnicha Rasputina. Car Mikołaj II, człowiek bez właściwości, władca wybitnie niedecyzyjny, z czasem popadał w coraz większą apatię i depresję. Zniechęcony do drapieżnego świata petersburskiej polityki, osiadł wraz z rodziną i dworem w podstołecznym Carskim Siole. Rozdźwięk między nim a rosyjską rzeczywistością zaczyna się coraz bardziej pogłębiać. Rzeczywistość zmierza ku krwawej rewolucji, car zaś wierzy, że jest narzędziem w ręku Boga, że lud rosyjski go kocha, gdyż broni on wiary prawosławnej i jej emanacji, czyli swojej władzy. Rzecz – jak wszyscy zapewne wiedzą – skończy się dwoma rewolucjami, zagładą caratu i śmiercią całej cesarskiej rodziny.

Kanwą tekstu Jolanty Janiczak „Rasputin” i opartego na nim spektaklu Wiktora Rubina w kieleckim Teatrze im. Żeromskiego są ostatnie godziny życia cesarskiej rodziny. Zamknięta w pałacu w areszcie domowym carska rodzina, zamiast rozmawiać, snuje rozpisany na głosy socjologiczno-kulturowy esej. Postaci wygłaszają perory, będące zlepkiem myśli wielkich tego świata (np. Roland Barthes czy Fiodor Tiutczew) oraz samej autorki, przykrawane odpowiednio do „aktorów” rosyjskiej historii. Oczywiście wplecione są w to jakieś „ludzkie” rozmowy, ale generalnie giną w gąszczu eseistyki. Same postaci, gdy się tylko pojawiają, stają się automatycznie przyczynkiem do dygresji na tematy współczesne. Dygresji mających ambicje uniwersalistyczne i intelektualne, sprowadzających się jednak do poziomu stereotypowych, performatywnych czytanek. Przykładem postać księcia Jusupowa, o którego roli w historii tytułowego bohatera dramatu (jego morderca) nie dowiemy się za wiele, za to wyśle nas on na ulice Kielc 1946 roku (a jakże! może w ogóle zmienić nazwę dzielnicy Białogon na Pogrom, nie trzeba będzie za każdym razem tego powtarzać jak mantry). Co to ma wspólnego z Rasputinem? Cóż, okazuje się, że ma wiele, bo tekst Janiczak i spektakl Rubina nie o caracie i nie o Rasputinie opowiadają, lecz o Polsce anno domini 2017; a precyzyjniej – przynajmniej tak ja to czytam – o obecnych elitach, tych, z których się Janiczak i Rubin wywodzą, elitach intelektualnych i artystycznych. Oczywiście wszystko dzieje się w znakomitej scenografii Mirka Kaczmarka (cóż za efektowny żyrandol!) i świetnych kostiumach autorstwa Hanny Maciąg oraz… Jolanty Janiczak.

Diagnoza Janiczak i Rubina wydaje się następująca: ubrana w kostium carskiej rodziny polska elita intelektualna została właśnie obalona przez wściekły lud i jest szykowana „na śmierć”. Spotyka się więc w areszcie domowym i peroruje, bo tylko to potrafi. Cóż jej zatem pozostaje? Godnie pójść „na śmierć”, w nagrodę bowiem czeka ją kanonizacja (oczywiście w jej pojęciu). Okazuje się jednak, że dobrowolnie męczennikami chcą się stać tylko Rubin i Janiczak (przynajmniej to sugeruje finał, w którym na środku sceny siedzą opuszczeni przez rodzinę Mikołaj II z córką Marią). Reszta „rodziny” nie ma zamiaru im towarzyszyć. Słynny duet deklaruje przy tym, że ich nie trzeba rozumieć, im trzeba wierzyć. I przyznam, że ja im w tym finale po raz pierwszy od początku spektaklu uwierzyłem. Może dlatego, że tym megalomańskim i napuszonym gestem pokazali, że mają do siebie dystans, że czują niesmak patrząc od środka na to „elitarne towarzystwo”, które w gruncie rzeczy jest sobie samo winne. Skąd to wiem? Cóż, obraz seksualnie rozbuchanej familii carskiej, uwielbiającej fotografować się, pokazywać ludziom wszystko (nawet swoją śmierć), głosić puste idee, rodziny zakochanej w pomnikach i trupach – nie pozostawia złudzeń. Carska rodzina musi zginąć, gdyż jest po prostu odklejona od rzeczywistości.

Jak zatem ma się do tej idei słynnego duetu sam Rasputin? W spektaklu jest on bohaterem drugoplanowym, przypomina bardziej księcia Myszkina z „Idioty” niż siebie samego. Grający go Maciej Pesta w pewnym momencie dostaje tabliczkę z napisem: Maciej Pesta, „aktor”, pedał – czyli niejako wychodzi z roli. Być może znaczy to, że Rasputin jest przede wszystkim człowiekiem. Zwykłym człowiekiem, który ma elitę – niczym chorego na hemofilię Aleksego – uleczyć. Jego prostota i brak polityczno-towarzyskich uwikłań są jednak dla elity wysoce niebezpieczne. Należy go więc albo wciągnąć w struktury, albo „uśmiercić”, choćby przez nazywanie go „pedałem” czyli stygmatyzowanie. Przyznam, że jeśli taki był zamiar twórców, kolejny raz chylę czoła przed ostrością oceny własnego środowiska, które przecież na sztandarach ma tolerancję oraz godność –  między innymi także „pedała”.

Czy zatem Janiczak z Rubinem gdzieś w tym spektaklu „nie trafiają”? Wydaje się, że w epilogu. Aktorzy kolejny raz zapraszają widzów na scenę, tym razem po to, by wspólnie posprzątać ziemię pełną kości oraz pamiątek przeszłości. Gest ten ma na celu ustanowienie nowego porządku. Wspólnego. (Pomijam fakt, że na premierowym spektaklu pofatygowały się na scenę tylko dwie osoby). Pytanie, czy zaproszenie było skierowane do „krewnych i znajomych królika” czyli do elit, czy do wszystkich widzów. Wydaje się, że biorąc pod uwagę kielecką widownię, chodzi o nas wszystkich bez wyjątku, bez podziału na „nas” i „ich”. I tu właśnie zabrzmiał fałszywy ton. W historii cara Mikołaja lud jest krwiożerczy i bezwzględny, prostacki i chamski, jak każdy wściekły tłum. Rubin i Janiczak, ukrywając w swoim spektaklu pod postacią owego ludu tę drugą stronę polsko-polskiej wojny, nie robią prawie nic (znakomity pomysł Rubina na panów technicznych, pomagających przy rekwizytach to za mało), żeby tych „bolszewików” pokazać chociażby obiektywnie, żeby ich nie obrażać, spróbować zrozumieć. Trudno więc sobie wyobrazić, że widzowie „tamtej strony” zechcą brać udziału we wspólnym „sprzątaniu”. No chyba, że Janiczak i Rubin chcieli obśmiać wszystkie akcje typu „budujmy wspólnotę”. Jeśli tak, to udało im się to znakomicie. Aczkolwiek taki sposób ukazania „bolszewików” nadal się nie broni.

Królem wieczoru jest Wojciech Niemczyk w roli cara Mikołaja II. Zresztą spektakl powinien być zatytułowany „Mikołaj II”. Młody aktor spektakularnie „Rasputina” rozpoczyna i w ten sam sposób przedstawienie kończy. Jest jego solą, narzuca rytm sobie i pozostałym aktorom, czaruje przede wszystkim lekkością „perorowania” – rozmów w tym spektaklu za wiele nie ma, w związku z tym aktorowi jest niezwykle trudno uczłowieczać socjologię i kulturoznawstwo i na tym budować rolę. Niemczyk robi to wbrew wszelkim przeszkodom – i robi to świetnie. Znakomita jest Joanna Kasperek jako Caryca Aleksandra oraz Magda Grąziowska jako księżna Olga. Pesta w roli Rasputina nie przekonuje. Ma jedną świetną scenę – z puddingiem – tam jest charyzmatyczny, przyciąga uwagę, hipnotyzuje. Przez chwilę kielecka scena należy do niego. W pozostałych momentach praktycznie nie istnieje. Ciekawie wypada Dawid Żłobiński w roli Aleksego. Jest rozpoznawalny, charakterystyczny, często irytujący, choć to akurat wielki komplement. Musi uważać na artykulację, czasem nie można zrozumieć, co mówi. Wspomnieć trzeba też o świetnej muzyce Krzysztofa Kaliskiego, budującej nastrój i napięcie, bardzo w spektaklu Rubina potrzebne. Jeśli chodzi o reżyserię Rubina – jest w Rasputinie kilka scen, które wykraczają daleko poza granicę przeciętności. Scena z puddingiem, “ostatnia wieczerza” czy motyw technicznych jako przedstawicieli ludu, którzy obsługują całą tę machinę władzy/teatru to sceny znakomite.

Czy zatem spektakl się udał? Z żalem muszę napisać, że nie. Powody są dwa: przeładownie „intelektualizmami” i przerost dygresji nad treścią. Deklaratywna sztuczność dialogów, pełnych cytatów i naukowego języka, która nie pozwala na jakąkolwiek identyfikację z postaciami, a w konsekwencji przeżycie – skazuje ten spektakl na obojętność widza. A nie o to przecież chyba w teatrze chodzi. W historii Rosji funkcjonuje taka oto legenda dotycząca śmierci córek Mikołaja II: podczas egzekucji nie można ich było zastrzelić, gdyż kule odbijały się od zaszytych w sukniach diamentów. W „Rasputinie” jest z kolei zaszytych tyle dygresyjnych „rubinów”, że statystyczny widz za skarby świata nie ustrzeli wszystkich sensów spektaklu. I nawet znakomici aktorzy tu nie pomogą. Nie od dziś wiadomo, że mniej znaczy więcej. Podsumowując: Janiczak i Rubin zrobili ważne przedstawienie. Szkoda tylko, że zawiłe i co ważniejsze – mało komunikatywne.

Tomasz Domagała, domagalasiekultury.pl

link do źródła: http://domagalasiekultury.pl/2017/10/02/zaszyte-diamenty-zaszyte-rubiny-rasputin-jolanty-janiczak-w-rez-wiktora-rubina-w-teatrze-im-zeromskiego-w-kielcach/

 

Logo Biuletynu Informacji Publicznej