Przejdź do treści Przejdź do nawigacji

RECENZJE

Zmęcz się w Lesie Ardeńskim

27.08.2018

W Lesie Ardeńskim panuje wszechobecny mrok. To nie wieczorna pora, ale czerń, która spowija
nasze dusze, marzenia, fantazje, nasze prawdziwe ja. Zagląda tam nie każdy, bo to trudne, straszne, czasami niepotrzebne. Jeśli jednak już tam wejdziesz, spodziewaj się niezłego sterania,
ciężkiej fizycznej pracy, by odkryć, kim jesteś naprawdę. Tę podróż funduje nam jedna z najbardziej
rozpoznawanych i wielokrotnie nagradzanych teatralnych reżyserek Maja Kleczewska.

W odczytanej jak zwykle po swojemu komedii Szekspira „Jak wam się podoba” w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka, wspólnie ze swoim stałym dramaturgiem Łukaszem Chotkowskim, twórczyni odnalazła zwierciadło, w którym możemy się przejrzeć, jeśli tylko odwagi nam wystarczy. Przedstawienie rozpoczyna się w dusznej, wąskiej ściśniętej przestrzeni sceny. Aktorzy niemalże depcą widzom po palcach, odgrywając kabaretowo-charakterystyczną scenkę. Jesteśmy w kiepskim barze, gdzie pojawiają się dziwne postacie. Jest dresiarz Oliwier, jego pogardzany brat Orlando przygłup, dziwka czyli Rozalinda, jakiś przebieraniec, lokalny bonzo, który rządzi całą okolicą. Proszą o papierosy, snują się między widzami, bluzgają. Nie rozumiecie? Nic nie szkodzi, jest mistrz ceremonii, drag queen na obcasach (szekspirowski błazen grany przez Sebastiana Perdka) i w garniturze w kropki, która (-y) opowie Wam, co tak naprawdę się dzieje, prowadząc nas jak konferansjer przez meandry blichtru, pozorów i tandetnych błyskotek. Ale w tym barze jest jakieś pęknięcie i nie dotyczy ono szklanki od piwa czy talerza z zupą. Jest Celia, która swą nerwowością nie pasuje do pozoranckiego świata, bo posturą już jak najbardziej – to przecież facet za kobietę przebrany (Dawid Żłobiński).

Kleczewska odwraca układ i zmusza do uczestnictwa w tym przedsięwzięciu. Gdy kurtyna się rozsuwa, a Rozalinda z Celią wyruszają do Ardeńskiego Lasu, okazuje się, że widzowie siedzą na scenie, a akcja dzieje się w przestrzeni całej widowni, w lożach, a nawet na jaskółce. Aktorzy chodzą po przezroczystej podłodze, by widownia ani na chwilę nie zapomniała, że właśnie tam, gdzie wszystko się dokonuje, jest jej miejsce. Realizacja poraża rozmachem, głębią i przestrzennością. Wspiera ją scenografia Wojciecha Pusia, projekcje Artura Reja i reżyseria światła Marcina Chlandy. Widzowie – trochę wbici w fotel – nie mogą opuścić swoich miejsc, bo są przyparci do muru, osaczeni, zablokowani.

Las Ardeński zamieszkują dziwaczne kreatury, nieprawdopodobne postacie. Kleczewska podsuwa pierwszy trop: chodzi o tożsamość płciową, którą bardzo prosto można z dramatu Szekspira wyczytać. Są faceci przebrani za baby, baby za facetów, są rezultaty „igrania” z podarowaną nam biologicznie płcią. Reżyserka wzmacnia je seksualnymi fantazjami, o jakich głośno mówić nie wypada, pokazywaniem nagości. To jednak tylko pierwszy krok w ciemność. W Ardeńskim Lesie, jak w supermarkecie, każdy znajdzie coś dla siebie. Jest popkulturowa miłość, która do wzruszeń potrzebuje maksimum cukierkowej oprawy i minimum uczucia. Jest cyborgowa doskonałość, pusta w środku, odarta z emocji (momentami wywołująca ciarki na plecach Febe Magdy Grąziowskiej). Jest władza, która waży tyle, co pogarda dla maluczkich. W tym układzie o dominację chodzi o upokarzanie innych, traktowanych jako narzędzie do zaspokajania naszych potrzeb.

Jest żal za naszą bezpowrotnie utraconą dziecięcą niewinnością, która kusi i zniewala, choć odczuć jej na nowo nie można, bo czas płynie, a my – jak Szekspir mówi – gramy „różne role w siedmioaktowym dramacie żywota”. Grająca Rozalindę Marta Ścisłowicz, która odtwarza pozę ze swojego prywatnego dziecięcego zdjęcia, prezentowanego na olbrzymim ekranie, na długo zapadnie mi w pamięć. Jest wreszcie mocno zaakcentowana nasza dwoistość, pęknięcie, które w jedno spaja siłę i słabość, pewność i niepewność, wiarę w siebie i niewiarę, urodę i brzydotę, człowieczeństwo i nieludzkość. Obie opcje walczą w nas nieustannie, jak w – zdaniem niektórych – ciągnącej się w nieskończoność – finałowej scenie zapasów.

Ta walka jest prawdziwa i bolesna. Bo nasza cielesność i fizyczność także skrywa się w mrokach Lasu Ardeńskiego. Tę sferę naszego życia już dawno schowaliśmy pod kołdrę. Mamy wyglądać nieskazitelnie i pięknie, jeśli natura nam tego nie dała, to wystarczy wsparcie kilku specjalistów, preparatów, a gdy to nie pomoże – aplikacji. Liczne koncerny kosmetyczne i farmaceutyczne pracują bez przerwy nad tym, by usunąć lub choć zneutralizować to, co nasze ciało jednak mimo wszystko wydziela. Drastyczne obrazki oglądamy dla rozrywki, na rzeczywiste – obojętniejemy. Nie znamy prawdziwego głodu, a ci, którzy go odczuwają, stają się jedynie rysą na naszym idealnym obrazie świata. Nie brudzimy rąk, bo to co najbardziej odpychające, robią za nas inni. A gdy już naprawdę chcemy komuś przywalić, zamiast walki wręcz wybieramy gry komputerowe. Nie znamy wysiłku, bólu, zmęczenia, bo na wszystko wymyślono już odpowiednie środki i preparaty. Nie wierzycie? Nawet piłkarze po półtoragodzinnym bieganiu za piłką, schodzą z boiska z idealną fryzurą i to nie tylko ci obcięci na jeża.

Do Lasu Ardeńskiego wchodzi się więc na swoją odpowiedzialność. Czeka tam ból, rozpacz, smutek i jak najbardziej fizyczne zmęczenie. Bo jesteś człowiekiem – mówi Kleczewska – a nie postacią z gry komputerowej, która po kolejnym „game over” wstanie i zacznie żyć od nowa. Ta wizyta w miejscu, gdzie nic nie jest tym, co się na początku wydaje, odbija się na cielesności Rozalindy. Gdy przekracza linię teatralnej kurtyny z pięknej, pustej lalki z baru przeistacza się w zeszmaconą, steraną, spłakaną, wykończoną bojowniczkę – poszukiwaczkę tożsamości. Marta Ścisłowicz jest w tej roli wyjątkowo przekonująca i można mieć wrażenie, że to ona niesie na plecach cały spektakl. Zresztą ta aktorska fizyczność jest niesłychanie sugestywna w spektaklu, aktorzy grają z wielkim oddaniem, wręcz eksponując (lub grając) zmęczenie i wyczerpanie. Niektórzy zachwycają konceptem kreacji i talentem wokalnym, jak intrygujący jeleń-Amiens Kamila Studnickiego.

To nie jest Szekspir, jakiego znamy. Kleczewska opowiada go własnymi słowami, czy raczej obrazami. Robi to z rozmachem, ale w sposób przemyślany i mocno osadzony w tekście. Mnie mrok Lasu Ardeńskiego mocno kusi i inspiruje. Ci, którzy poczują się zagubieni, mają koło ratunkowe. Wystarczy dać się wpuścić w maliny, że chodzi tylko o tożsamość płciową. Wtedy łatwo poczujemy się lepiej, powiemy, że to obrzydliwe i nie dla nas, bo my takich problemów nie mamy. A po powrocie z teatru włączyć jakąś komputerową grę lub obejrzeć blok reklamowy z produktami coraz lepiej wycierającymi naszą fizyczność i prawdziwość. I powoli zamieniać się w idealnego robota, który nigdy i niczym się nie męczy.

Agnieszka Kozłowska-Piasta, Projektor. Kielecki magazyn kulturalny nr 4(31)/(2018)

Logo Biuletynu Informacji Publicznej