Przejdź do treści Przejdź do nawigacji

RECENZJE

Zróbmy sobie mordercę

04.12.2018

Sherlock Holmes, a raczej jego twórca Arthur Conan Doyle, powiedział raz:
What you do in this world is a matter of no consequence. The question is what can you make people believe you have done (Co robisz na tym świecie to sprawa bez szczególnych następstw. Sztuką jest sprawić, żeby ludzie uwierzyli, że coś zrobiłeś). Do takiej właśnie zabawy w pozory zaprasza nas Jerzy Bończak, reżyser komedii „Szalone nożyczki”, która miała w październiku swoją premierę w kieleckim Teatrze im. Stefana Żeromskiego.

Miałam mieszane uczucia, podążając na inscenizację tego globalnego hitu. Nie jestem amatorem komedii, co rodziło pewne obawy. Często czuję się zażenowana w momentach, gdy inni zanoszą się od śmiechu. Jednak uwielbiam oglądać telewizyjne kryminały, szczególnie te tradycyjne brytyjskie, gdzie, podążając za tokiem myślenia głównego bohatera – detektywa, czasem udaje mi się wyzbierać okruchy wskazówek i wskazać mordercę, zanim jego tożsamość zostaje ujawniona na ekranie. Zatem z nadzieją, że kryminał zdominuje sobotni wieczór, i oczekując obiecanego udziału
mnie – widza – w prowadzonym na scenie śledztwie, zasiadłam wśród teatralnej widowni. Rzeczywistość odbiegła od moich oczekiwań.

Tekst dramatu, zgodnie z autorskimi zaleceniami poważnie znaturalizowany w przekładzie, a nawet mocno „ulokalniony”, jest naprawdę śmieszny. Zgodnie z konwencją, dowcip mało wyrafinowany przeplata się z bardziej inteligentnym humorem, wyśmiewa postawy, nie ludzi, odsłania obłudę i pazerność gatunku homo sapiens. Nie to jest jednak atutem tego przedstawienia. Po krótkiej i dość nieskomplikowanej akcji, prowadzącej do odkrycia morderstwa w mieszkaniu nad salonem fryzjerskim, aktorzy grający policyjnych detektywów inicjują aktywny udział publiczności w spektaklu. Od tej pory nic nie jest pewne – modyfikacjom ulegają dialogi, świat przedstawiony. Aktorzy i inspicjent muszą bez wahania reagować na sugestie ze strony audytorium. Widzowie sprawdzają, jak uważni byli podczas śledzenia akcji i jak dobrą mają pamięć do szczegółów. Dialog obu stron prowadzi do wyłonienia winnego w drodze większościowego głosowania. I to odkrywanie swoich możliwości kognitywno-interpersonalnych jest największym atutem „Szalonych nożyczek”. Tak modne i eksploatowane obecnie powiązanie widza z dramatem, jego interaktywność, zamiast postmodernistycznego bicia się w piersi w dualistycznym uwikłaniu: oprawca kontra ofiara, zamiast freudowskiego grzebania w psychice odbiorcy, tu wywołują dziecinną radość, satysfakcję, zaspokajają naturalna ludzką potrzebę odgrywania ról – tym razem detektywów. I ten prosty, acz genialny chwyt jest gwarantem powodzenia.

Nie bez znaczenia jest też obsada. Kielecka inscenizacja ma wiele ról zdublowanych. W sobotnim przedstawieniu szczerze podziwiałam Beatę Pszeniczną, Teresę Bielińską, Jacka Mąkę i Bartłomieja Cabaja. Jednak to na dwóch postaciach, czy też aktorach ich uosabiających, spoczywa powodzenie tej komedii. Inspektor grany przez Andrzeja Platę moderuje kontakt sceny z publicznością. Już kiedyś pisałam o wyjątkowym talencie tego aktora do „performansów”, które wymagają bezpośredniego kontaktu z odbiorcą i dostosowywania działań scenicznych do reakcji widza, jak w
stand-upie. Bez jego spontaniczności i nieudawanej (a może?) radości z kontaktu z nami, widz, najczęściej zdystansowany i sceptyczny, nie stałby się tak aktywnym uczestnikiem dramatu, jak to miało miejsce tamtego i, mam nadzieję, każdego wieczoru.

Drugim motorem dramatu jest postać fryzjera, grana przez Dawida Żłobińskiego. Gra on bezbłędnie uczuciowego geja, nieco narcystycznego, o dużej wrażliwości artystycznej i wyczuciu mody. Jeśli można coś tej kreacji zarzucić, to wyłącznie przerysowanie postaci Toniego na poziomie tekstu dramatu, nieco stereotypowe, co mnie razi. Pamiętać niemniej należy, że sztuka powstawała dekady temu, kiedy nie byliśmy jeszcze tak skażeni ideą poprawności politycznej. Jednak moi homoseksualni znajomi są w sferze publicznej i dziś bardziej konserwatywni w prezentowaniu swoich preferencji, w przeciwieństwie do wizerunku promowanego przez masowe media. Załóżmy jednak, że bohatera nagle trafiła strzała Amora i stąd jego zachowanie, bo co by nie mówić, realizując napisane kwestie dialogowe, Dawid spisuje się genialnie.

Moje rozczarowanie tymczasem najbardziej dotyczy tego, co jest atutem spektaklu. Wiedziałam, że widzowie mają możliwość wskazania winnego, ale nie, że tak naprawdę kreują, kto nim zostaje.
Wspomniana miłość do kryminałów bierze się u mnie głównie stąd, że mimo zwodniczych tropów, zwanych w angielszczyźnie czerwonymi – wędzonymi – śledziami, mordercę można zawsze wskazać jednoznacznie i prawda tryumfuje, mimo matactw, dzięki rozumowi i nauce. W „Szalonych nożyczkach” poszlaki podane nam są tak spreparowane, że złoczyńcą może być każdy, a jednej prawdy nie ma, bo jest ona wyłaniana przez głosowanie. Istnieją tylko – jak w demokracji – opinie większości. To bardzo mnie rozczarowało. Liczyłam, że po wskazaniu winnego przez widzów, werdykt będzie zweryfikowany obiektywnie. Wiem, że niektórzy, jak Kurosawa w „Rashomonie”, poddają w wątpliwość możliwość poznania prawdy, ale kryminały cenię właśnie za tę dosadność.

To jednak mój problem. Widzowie pewnie wpadną do teatru więcej niż jeden raz, żeby obejrzeć drugą obsadę (Joanna Kasperek, Mirosław Bieliński, Łukasz Pruchniewicz), żeby zobaczyć alternatywne zakończenia. Być może i w Kielcach „Szalone nożyczki” staną się spektaklem granym długie lata przy pełnej sali. I dobrze.

Agnieszka Majcher, Projektor. Kielecki Magazyn Kulturalny nr 6 (33) 2018

Logo Biuletynu Informacji Publicznej